Kej eL

Tak się jakoś tutaj przyjęło, że nikt nie używa określenia Kuala Lumpur.

Mieszka się w Kej eL, jedzie się do Kej eL, bufony mieszkają w Kej eL i tak dalej.

Oczywiście każdy rasowy backpackers tutaj musi zawitać, pyknąć fotkę dwóch wież, kupić Tag Hojera na targowicy w Czajnatałn (Germańscy Najeźdźcy), do tego obowiązkowe klapki japonki (wszystkie nacje), torbę Sruczczi Guczczi (kobity), spodenki Bilabongi (Ci co to od urodzenia VB piją), Lakosty z dermy (Silwuple) i koszulki Starbaksa czy Hardrok Kafeja z każdego miejsca na Ziemi (nie wiem kto). My oczywiście zapodaliśmy klapki jednorazówki renomowanej firmy na Q, które to po rabatach stały się naszą własnością już za 10 ringidingidingida – co prawda w kolejnej miejscowości identyczne małżonka zakupiła za rigidigidigida sztuk trzy i to w normalnym sklepie bez targowania – ale do tego czasu zakup mój uchodził za sukces negocjacyjny.

Oczywiście na chińskim “pasażu” ceny jedzenia razy trzy w stosunku do tego co udało się nam zakupić w ścisłym centrum  – jakiś rzut bumerangiem od wejścia do słynnych wież.

Ale wiadoma rzecz, wypada tutejsze szczury oglądać jak łażą po wszystkim wokół, kupować owoce w cenie x2 w porównaniu do lepszych supermarketów i wąchać wszechobecny durian. Bycie plecakowcem nobilituje i się człowiek nie będzie ośmieszał łażąc po miejscach innych niż Czajna i stacja metra przy Petronas Towers.

My niestety wiele straciliśmy mieszkając w chrześcijańskim schronisku dla kobiet (sic!) gdzie mężczyzn innych niż z małżonką bądź dzieckiem (i nie mówimy o 15letniej Tajce) się nie wpuszcza. Na dodatek miejsca takie jak te nie działa jak magnes dla naszej australijskiej przyjaciółki z poprzedniego wpisu tak więc Nuda Panie! I to prze-okrutna – nawet bed bugs nie było 🙁

I nie wiedzieć czemu tak się nam jakoś dobrze zrobiło tutaj, że przez 5 dni nawet nie zaczęliśmy szukać właściwego dworca aby się ewakuować w inne rejony Malezji.

Oczywiście przez cały ten czas planowałem zrobić sobie fajoskie zdjęcie wież ale przekładanie wyjazdu z dnia na dzień nie wróżyło sukcesu w tej materii. Co prawda ambicje były silne bo każdy co był to se fajnego obrazka trzasnął – a wiadomo Polak nie może pozwolić, żeby znajomy (tym bardziej dobry) miał coś lepszego. No ale ja im jeszcze pokaże!

W sumie mieliśmy tutaj jeszcze wrócić – tak więc kto wie?






4 Responses to Kej eL

  1. Paweł Stezycki says:

    Sugerujesz, że w niektórych środowiskach chrześcijańskich rodzice adoptowanych tajskich nastolatek są dyskryminowani?.

  2. Ela says:

    Podglądam od pewnego czasu i muszę pogratulować tych wszystkich widoków, zwiedzonych miejsc, wytrwałości rodziców i malutkiej! Cudownie jest poznawać inne kraje, kultury, ludzi- tego wam zazdroszczę(Pozytywnie;))!!!
    Mobilizujecie do działania!:)

    Pozdrawiam was z deszczowej(dopiero od 3 dni;)) Anglii!

  3. Renata says:

    @ Ela – Dziękujemy bardzo i cieszymy się, że mobilizujemy :)) Pozdrawiamy

  4. Ula says:

    Hehe, Kej eL, na wzór EL EJ?;))

    I zabawne, że jeszcze niedawno śmiano się z turystów, teraz już też backpackersów.
    Ciekawe co kiedyś będzie trzeba zrobić, żeby zaliczyć się do grupy ‘niewyśmiewanych podróżników’. Podejrzewam, że zawsze będzie chodziło o te docenienie tego co najprostsze i autentyczne, a o to będzie coraz trudniej…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *