Monthly Archives: August 2011

“Atrakcja”

W Cameron Highland większość turystycznych naganiaczy rekomenduje coś co zwie się “Butterfly Garden”. Trafiliśmy tam i my głównie ze względu na Martę. Krótko podsumowując – to zaraz po Dworcu Zachodnim w Warszawie najbardziej przygnębiające miejsce w jakim byliśmy. Setki biednych owadów w ostatnim stadium swojego jestestwa, nie mające siły by fruwać (bądź brak technicznych możliwości – ze względu na uszkodzenia mechaniczne). Jakieś węże stłoczone w mikroskopijnych klatkach itd itp.
Latorośli się podobało – bo jeszcze mało świadoma – ale z grubsza rzecz ujmując – my nie rekomendujemy.

CH

Długa droga z KL do Cameron Highland tym bardziej długa była, że wiodła ultra krętą górską szosą. Tradycyjnie już komuś było nie za specjalnie, ktoś spał i miał wszystko w swoim małym nosku, a ktoś próbował ocenić szansę na przeżycie pasażerów kursowego autobusu podczas setnego z rzędu manewru wyprzedzania na czwartego pod górkę na ślepym zakręcie.

Za nim zaś co rusz pokazywał się odrażający widok dziesiątek foliowych tuneli i znanych z naszych “gierkowskich” osiedli bloczysk.  Nijak się to miało do obiecywanych pięknych herbacianych pól na wzgórzach. Gdzie okiem sięgnąć widok mniej więcej taki :

Wielkie żarcie

Trochę zdryfowaliśmy ostatnio w jakieś poważne tematy, a przecież w Malezji chodzi głównie o jedno:

O JEDZENIE! I to jakie!

Już wcześniej nasi przyjaciele z Sydney – zaklinali się jakim to rajem na Ziemi jest ta część świata pod względem kulinarnym.

Oni

Dziś będzie nieco na poważnie…

Nigdy nas kwestie wiary za bardzo nie wciągały, zwłaszcza tej odmiennej niż nasza. Stąd też pewnie wynika nasze zdezorientowanie w temacie muzułmańskim.

Żeby to nie było takie proste to jeszcze karmieni na co dzień wszechobecną propagandą, uczeni strachu bo terroryści, bo zamknięte środowisko, bo brak poszanowania kobiet, bo, bo, bo… wyrabiamy sobie mimochodem zdanie jakie inni chcą abyśmy mieli.

Pewnie dlatego z pewną niepewnością rozpoczęliśmy naszą eksplorację Malezji także pod kątem różnic kulturowych i religijnych.

Kraj to islamski ponad wszelką wątpliwość, ale równocześnie mocno postępowy w swym podejściu do innowierców i “obcych”. Z drugiej zaś strony czy ta “postępowość” rzeczywiście nią jest czy może wynika ze zdrowego rozsądku i nieco innej interpretacji Koranu to już kwestia bardzo subiektywnej oceny.

Dość powiedzieć, że niejednokrotnie byliśmy zaczepiani przez miejscowych “pasterzy” i wciągani w dyskusję o Islamie, Chrześcijaństwie i ich wzajemnym oddziaływaniu na siebie. O dziwo dyskusje te zawsze kończyły się bardzo pokojowo i uznaniem, że tak naprawdę jesteśmy w wielu kwestiach bardzo do siebie podobni.
Jasnym jest, że wszechobecne pozakrywane kobiety, mężczyźni patrzący nieco inaczej niż my na kobiety (o czym w ciekawy sposób napisano tutaj) są częścią tego innego świata, ale też nie wygląda on tak, że obwieszeni laskami dynamitu ekstremiści biegają po ulicach szukając zapalników z przeceny celem pokazania jednego z obliczy dżihadu.
Dlaczego jednego z? Bo ten najważniejszy dla każdego musli dżihad tzw. duży – to praca nad sobą – brzmi znajomo? a nie wysadzanie autobusów, porywanie samolotów czy inne akcje rodem z filmów prosto z Hollywood. Fakt, że paru kolesi z Al-Kaidy ma dobry Pijar, nieco wpływa na postrzeganie ich świata przez nas. Ale gdyby każdy z nich miał takie podejście to już dawno, żylibyśmy w rzeczywistości jak w Mad Max II, tymczasem nic takiego nie nastąpiło i pewnie nie prędko nastąpi.

Kilkukrotnie mieliśmy okazję odwiedzić kilka meczetów czy jedno z lepszych muzeów kultury islamskiej w KL. I to co w pierwszym momencie rzuca się nam w oczy to niesamowity spokój i cisza. Brak jest tu wszechobecnych obrazów umartwionych świętych, krwistych scenek rodzajowych z hinduskich czy buddyjskich świątyń, kapiących złotem zdobień, palących się świec i kadzideł. Jest jakoś tak…. jak chyba powinno być. Miejsce do zadumy i modlitwy, chłodne, ciche, przestronne. Fakt faktem to zrobiło na nas ogromne wrażenie i jakoś nie pasowało nam do walczących watah Talibów.

A wracając do ludzi to po raz kolejny przekonaliśmy się, że tu nie mieszkają terroryści (a przynajmniej nie w liczbie większej na 1000mieszkańców niż w Polsce), wcześniej podobną lekcję mieliśmy w US (gdzie ilość idiotów też była na porównywalnym poziomie jak w każdym innym miejscu na świecie)…

Lansu dalszy ciąg

Siedzieliśmy cicho bo to nigdy nie wiadomo jak wypadnie i czy wstydu nie będzie 🙂

Ale ponieważ już zostaliśmy nakryci przez niektórych urzędujących w Mieście Królewskim Kraków to się przyznamy – byliśmy gośćmi Radia Kraków w audycji Mamo, Tato to ja.

Audycja była o godzinie, która już “jest” w niedzielny poranek bo o 10tej. Stąd też pewnie namierzenie nas w eterze…
Podziękować w tym miejscu chcemy przede wszystkim naszym kolegom (a właściwie koleżance) z Peronu4 – Jagodzie Pietrzak za sprzedanie naszych skromnych osób, Pani Justynie Piwowar z CzasDzieci.pl i finalnie Agnieszce Grybel z Radia Kraków,

To jak wypadło musicie ocenić sami, nam wydaje się, że mimo krótszego czasu trwania audycji to jednak warta posłuchania (kilka fajnych starych kawałków w trakcie) 🙂

Chcąc posłuchać audycji możecie skorzystać z plejera na stronie radia – tudzież z linków poniżej:

część 1

część 2