Wielkie żarcie

Trochę zdryfowaliśmy ostatnio w jakieś poważne tematy, a przecież w Malezji chodzi głównie o jedno:

O JEDZENIE! I to jakie!

Już wcześniej nasi przyjaciele z Sydney – zaklinali się jakim to rajem na Ziemi jest ta część świata pod względem kulinarnym.
Nie byliśmy jakimiś specjalnymi fanami kuchni azjatyckiej – znaczy owszem zjadło się to czy owo – ale występujące w Polsce miejsca z takim jedzeniem nie nastrajały smakowo do dalszej eksploracji tego zagadnienia.

Zacznijmy więc od tego jaką to instrukcję obsługi kuchni orientalnej dostaliśmy od Magdy Biskup:

1. roti canai – dostępne tylko rano i wieczorem w Nasi Kandar i Banana Leaf. To hinduski rodzaj chleba, wyglądający trochę jak naleśnik. Placek jest kruchy. Do niego dostaje się miseczkę sosu curry. Prawą ręką odrywamy po kawałeczku roti i moczymy w curry.
2. chapati oraz tose – inne rodzaje chleba hinduskiego, także podawane z curry. Tose zrobiony jest z ryżu, jest “mokrawy”, chapati to suchy placek z mąki trochę jak nasza maca.
3. Ayam tadnori + naan lub ryż – serwowany w Nasi Kandar i większości Banan Leaf tylko wieczorami. To wspaniale zamarynowany kurczak wędzony w specjalnym piecu zwanym tandor. Kurczak ma charakterystyczny czerwony kolor, jest bardzo miękki i smakuje wyśmienicie. Podaje się go zazwyczaj z chlebem naan (pieczonym w piecu tandor) lub ryżem oraz sosem miętowym i curry.
4. Satay – malajski przepyszny specjał. To mini szaszłyki z kurczaka lub wołowiny specjalnie marynowane, smażone na grillu i podawane z ogórkiem oraz słodko-ostrym sosem z orzeszków ziemnych. Jedno satay kosztuje około 60 sen, ale na jednym nikt nie poprzestanie:). Dostępne na hawkers’ stalls tylko wieczorami.
5. Bee Hoon Soup- to danie chińskie, rodzaj rosołu z cienkim makaronem ryżowym bee hoon. Poza tym w zupie mogą pływać kulki zrobione z ryby lub kurczaka, także kawałki wieprzowiny. Zupę jemy pałeczkami i specjalną chińską łyżką.
6. Bee Hoon Goreng – czyli smażony Bee Hoon. Sami Malezyjczycy nie są pewni, czy oryginalnie jest to danie chiński czy malajskie, ale wiele wskazuje na to, że chińskie. Obecnie serwowane jest przez wszystkich, głównie w Kedai Kopi i na hawkers’ stalls. Makaron Bee Hoon smażony jest z krewetkami, kawałkami kurczaka, kiełkami, sosem sojowym. Średnio pikantne,
7. Kway Toew Goreng(kłej tjał)- danie prawdopodobnie chińskie, ale serwowane w każdego rodzaju restauracjach i jadłodajniach. Kway Toew to szeroki makaron ryżowy, dosyć tłusty. Danie przygotowywane podobnie jak Bee Hoon Goreng, ale bardziej pikantne. Polecam także wersję “mokrą” czyli tzw. char kway toew – tu sos jest ostrzejszy i jest go więcej niż w tradycyjnej wersji “suchej”. Wersja “mokra” jest dobra, gdy kupowana u Malaja. U Chińczyka będzie mdła i nieostra.
8. Mee Goreng – dostępne wszędzie. Mee to żółty makaron wyglądający jak spaghetti. Przygotowywane podobnie jak Bee Hoon Goreng, ma jednak swój specyficzny smak. Dosyć pikantne.
9. Nasi Goreng – smażony ryż z warzywami i kawałkami kurczaka. Podawany jest w różnych formach, np. Nasi Goreng Pataya, czyli smażony ryż z warzywami zawinięty w omlet.
10. Nasi Lemak – popularne na śniadanie, typowo malajskie danie. To biały ryż, do tego jajko na twardo, małe suszone rybki (coś jak szprotki), ostry sos. Sprzedawane “na wynos”, zapakowane w papier w formie piramidy. Dostępne tylko rano. Bardzo tanie.
11. Laksa – bardzo pikantna zupa krewetkowo-rybna (zazwyczaj z tuńczyka) z sokiem z limonki oraz specjalnym makaronem. Laksa ma bardzo intensywny, rybny i często odrzucający zapach, ale trzeba tego spróbować. Bardzo dobre!
12. Koniecznie trzeba spróbować dania serwowane na “szwedzkich stołach” czy też bufetach ryżowych w większości Kedai Kopi oraz restauracjach Banana Leaf i Nasi Kandar. Można tam spróbować różnego rodzaju ryby i drób – pieczone lub w sosie curry, a także nietypowo jak dla nas przygotowane warzywa.
13. Ais Kacang – tradycyjny malajski deser. Straszny dziwoląg, ale warto spróbować, bo to bardzo wyjątkowa rzecz. Otóż Ais Kacang to pokruszony zwykły lód ułożony w miseczce w formie stożka, polany mlekiem kokosowym oraz syropami owocowymi. Do tego dochodzi jeszcze czerwona fasola lub kukurydza oraz bardzo dziwne galaretki w np. w zielonym lub czarnym kolorze.
14. Rojak (rodżak) – moim zdaniem to największy w Malezji dziwolągkulinarny. Rojak to sałatka owocowa z ananasa, guawy, mango polana sosem na który składają się wysuszone, utarte na proszek krewetki oraz sos sojowy. Sos ma bardzo specyficzny zapach. Osobiście za rojakiem nie przepadam, ale tubylcy to kochają więc na pewno warto się skusić.
15. Smażone banany, czyli pisang goreng – dostępne na hawkers stall. Banany panierowane w mleku kokosowym z mąką, smażone w głębokim oleju. Pycha, choć nie wygląda zbyt apetycznie.
 
A tutaj opis gdzie tych smakołyków szukać:
 
1. Kedai Kopi, czyli coffee shop
 
Nazwa nie ma wiele wspólnego z kawą, bowiem Kedai Kopi to rodzaj jadłodajni-baru (choć tubylcy mówią o tym restauracja, co jest oczywistą przesadą). Kedai Kopi to bary chińskie lub malajskie – o tym jakie łatwo się przekonać patrząc na napisy na szyldzie oraz twarze personelu. Kedai Kopi mieszczą się często w starych i chyba nigdy nie remontowanych pomieszczeniach, które niektórych mogą zniechęcić. Ręczę jednak, że jedzenie tam serwowane jest bezpieczne, pyszne i tanie. W Kedai Kopi jedzenie nabywa się na dwa sposoby: można samemu się obsłużyć w tzw. Nasi Kampur, czyli bufecie ryżowym. Gdy usiądziemy przy stole ze swoim napełnionym talerzem podejdzie do nas ktoś z obsługi i da nam karteczkę z ceną posiłku, którą później musimy zanieść do kasy i tam zapłacić. Jedzenie serwowane w Nasi Kampur bywa chłodne (leży tam od dłuższego czasu) no i fakt, że np. ryby leżą od paru godzin w temperaturze około 30 stopni może odebrać apetyt. Jednak warto się skusić!
 
Jest też druga opcja nabycia posiłku, czyli zamówienie czegoś co zostanie przygotowane na świeżo. Karta dań poza miejscami ściśle turystycznymi pojawia się niezwykle rzadko. Ale nie ma się co martwić, we wszystkich Kedai Kopi podawane jest to samo, ewentualnie w troszkę innych wersjach. Kedai Kopi otwarte są zazwyczaj cały dzień. Ceny od 2 RM do 5 RM za danie.
 
2. Hawkers’ stalls, czyli kuchnia na kółkach
To najtańszy i najbardziej tradycyjny sposób na jedzenie w Malezji. Warto się tu stołować, bo można tam spróbować dań niedostępnych nigdzie indziej (np. tradycyjne satay, patrz niżej). Hawkers’ stalls to metalowe wózki, coś na kształt naszej wojskowej garkuchni, ale mniejsze. Jedzenie z hawkes’ stalls jest dostępne praktycznie tylko wieczorami. Stoiska z jedzeniem stoją pojedynczo rozstawione wzdłuż dróg lub na nocnych targach, a także w ogromnych grupach, jak np. na Gurney Drive na wyspie Penang (to ponoć najlepsze jedzenie w całym kraju). Hawkres’ stalls oferują jedzenie bardzo proste, każdy wózek jest wyspecjalizowany w jednym, góra dwóch daniach. Warunki higieniczne przy przygotowywaniu posiłków na wózkach mogą się wydać bardzo prymitywne, ale jedzenie jest bezpieczne i pyszne. Trzeba się tylko przełamać i spróbować. Hawkers’ stalls są głównie w posiadaniu Malajów i Chińczyków i takie właśnie potrawy serwują. Ceny od 1,50 RM wzwyż (ale nie więcej niż 5 RM za danie)3. Banana Leaf lub Curry House, czyli hinduski raj w gębie

 
 
 
 
 
To rodzaj barów-restauracji różnej klasy. Generalnie rzecz biorąc hinduskie jedzenie jest najdroższe spośród serwowanych w Malezji, ale i tak można się bardzo porządnie najeść za mniej niż 8 RM. Choć np. hinduskie chleby (roti chanai, chiapati, tose itp.) może kupić już za 60 sen!
W restauracjach hinduskich dania podawane są na liściach bananowych (stąd nazwa Banana Leaf) i generalnie je się ręką, choć mat salleh, czyli biały człowiek, dostanie łyżkę i widelec. Warto jednak zrezygnować ze sztućców co z pewnością przysporzy nam sympatii personelu. W Banana Leaf/Curry House serwuje się jedzenie z południa Indii (skąd pochodzą malezyjscy Hindusi). Prawie wszystko jest oczywiście podawane z curry, czyli mamy rybę z curry, kurczak z curry, baraninę z curry, curry wegetariańskie, curry z grochem, czyli tzw. dhal. Wszystko jest dosyć pikantne i podawane z ryżem lub jednym z wielu rodzajów chleba.
Dla niewtajemniczonych 1RM=0,9PLN 🙂

Druga rzecz – to zanim przyjedziecie do Malezji – wydrukować i zalaminować – lepszego przewodnika nie znajdziecie 🙂

Jako urodzony miłośnik bigosu, rosołu i swojskiej kiełbasy z chrzanem – mogę powiedzieć tak: RESPEKT. Dawno nic nie było w stanie zmusić mnie do wysiedzenia w knajpce dłużej niż wymagało tego zjedzenie właściwego posiłku – a tutaj? Śniadanie o 9 rano z pysznymi naleśnikami (jak chcieliśmy na słodko) lub Nasi Lemak – jak nieco bardziej treściwie. Do tego obowiązkowa Teh Tareh i łagodne przejście do lekkiego brunchu o 11.00 – z reguły jakiś naan z sosami, później jakieś konkretniejsze danie na obiad – np. roti 🙂 i powolutku popijając kolejną Teh rozmyślamy czy skoczyć na chwilę na jakieś satay’e czy może idziemy w tradycyjne Tandorii… O 18 reflektujemy się, że mieliśmy kupić bilet w kolejne miejsce – ale jakoś tak ciężko się gdziekolwiek ruszyć 🙂 W sensie mentalnym – bo tak podjadając waga spadła mi w miesiąc z 83 na liczbę zaczynającą się od siódemki 🙂

Aż się wzbiliśmy na wyżyny szpilbergstwa:

2 Responses to Wielkie żarcie

  1. Asia says:

    Przewodnik wspaniały! Za późno, żeby laminować, ale korzystamy rozszyfrowując kolejne zagadkowe potrawy. Doszliśmy do podobnego wniosku co Wy, że w Malezji się ciągle myśli o jedzeniu. Nasz faworyt – lody waniliowe z fasolą 😉 pozdr.

  2. […] całkiem jak na Wigilię! Zakochaliśmy się w kuchni malezyjskiej na zabój i wychodzi na to, że nie tylko my. Tu wszyscy mówią o jedzeniu. Pytasz – co tam ciekawego w Georgetown, warto jechać? I […]

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *