CH

Długa droga z KL do Cameron Highland tym bardziej długa była, że wiodła ultra krętą górską szosą. Tradycyjnie już komuś było nie za specjalnie, ktoś spał i miał wszystko w swoim małym nosku, a ktoś próbował ocenić szansę na przeżycie pasażerów kursowego autobusu podczas setnego z rzędu manewru wyprzedzania na czwartego pod górkę na ślepym zakręcie.

Za nim zaś co rusz pokazywał się odrażający widok dziesiątek foliowych tuneli i znanych z naszych “gierkowskich” osiedli bloczysk.  Nijak się to miało do obiecywanych pięknych herbacianych pól na wzgórzach. Gdzie okiem sięgnąć widok mniej więcej taki :

Za to wysiadając z autobusu pierwsze automatycznie wypowiedziane słowa to :
– Jezu – zostajemy tutaj – i nie dlatego, że tak ładnie (bo wcale), ani nie dlatego że słonecznie (bo padało) – ale dlatego, że było całe 23 stopnie Celsjusza – DWADZIESCIA TRZY, powietrze było z kategorii tych, którym można było oddychać i nareszcie włożona na siebie bluza z dłuższym rękawem czy spodnie nie powodowały uczucia przypiekania żywcem. Po wielu tygodniach upałów (od czasu Fiji) wieczorny chłód wymuszający włożenie bluzy to było coś cudownego. Pisaliśmy już, że nie jesteśmy jakoś specjalnie ciepłolubni i uważamy, że większość tych którzy się za takich uważają zmienili by zdanie po miesiącu australijskiej wczesnej jesieni w outbacku i paru “sticky” dniach w Singapurze i KL. Tak więc tutaj czuliśmy się naprawdę dobrze.
Ale wracając do CH czyli miejsca gdzie byliśmy (nie mylić ze Szwajcarią <pozdrawiamy Franka Szwajcarskiego i życzymy mu rychłej denominacji>) musieliśmy znaleźć te słynne zbocza z herbacianymi krzewami, zjeść lody truskawkowe i domowej roboty ciasto z truskawkami.
Oczywiście zaczęliśmy od końca bo to było najłatwiej znaleźć. A i miejscowe specjały opisane w poprzednim poście również nie pozwalały myśleć o oddaleniu się od jadłodajni na dłużej niż godzinka czy dwie. W końcu jednak zdobyliśmy się na ten heroiczny czyn i pojechaliśmy. Na szczęście rano bo każdego dnia punkt czwarta zaczynało padać i kończyły się perspektywy zwiedzania.
Przy okazji zorganizowanej wycieczki przez jakiegoś lokalnego touroperatora dotarliśmy tu…(uwaga duże zdjęcia)




Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *