Monthly Archives: September 2011

Kek Lok Si

Jak podaje NiezbędnikKażdegoPrawdziwegoBackpackersa Penang szczyci się tym, że zlokalizowany nań została jedna z największych świątyń buddyjskich. Ponoć mają tam jeden z największych posągów (Buddy), no ale gdzie im tam do naszego Świebodzińskiego Dżizusa (“gdzie tam” = 3m).

Atrakcyjność tego miejsca potęguje dostępność autobusem miejskim (i to klimatyzowanym) za parędziesiąt groszy polskich. Sama podróż tymże autobusem to już wycieczka bo trwa ponad godzinę i kończy się pośród wszędzie rozstawionych straganów. Aby odnaleźć drogę do świątyni wystarczy kierować się tam gdzie największy tłum handlarzy. Jeśli zaś wydaje się Wam, że dalej już nie da rady iść to znaczy, że jesteście coraz bliżej celu. Tradycyjnie na straganach kupić można niemal wszystko (choć brylują koszulki HardRockCafe i Starbucks). Normalnie lepsi są niż nasi odpuściarze z korkowcami, blaszanymi pierścionkami i sznurami “oponek”.

Jak już w pocie czoła udało się nam dotrzeć na miejsce okazało się, że nie chcą od nas kasy za wstęp. Oczywiście wydało się nam to mocno podejrzane tym bardziej, że wiele atrakcji mijaliśmy po drodze – między innymi hodowlę żółwi, które to w buddyzmie są symbolem długowieczności i powodzenia.

Jak sądzimy tutaj żyć będą wiecznie…

… kolejną atrakcją miał być posąg Buddy tu już stanęli na wysokości zadania i za dojazd windą kasują parę ringidów od familji. Pewnie istniał sposób tańszy, już dawno rozpracowany przez rodaków – ale w taki upał możemy sobie pozwolić na odrobinę luksusu.

Georgetown

Prawda o tym miejscu jest taka, że kusiło nas od momentu opuszczenia Singapuru. Nasi doradcy (szukać w “tu zaglądamy”) na tyle obrazowo sprzedali nam klimat miejsca, że koniecznie chcieliśmy je zobaczyć.

Pewne było, że z głodu nie zginiemy więc byliśmy spokojni. Co prawda po przygodzie w jednej z indyjskich knajp (noł spajsi maj frend) – kiedy to niemal brakło zapasów Tigera jak skosztowałem dania zamówionego dla trzylatki – byliśmy nieco ostrożniejsi.

Nawet topografię miasta poznaliśmy na tyle by dotrzeć do sklepu fotograficznego gdzie mieli takie fajne armaty z napisem Nikon w cenie mocno dumpingowej. Po długim wahaniu (jakieś 20 minut) zestaw fotograficzny został uzupełniony o tele, a budżet po raz n-ty w czasie podróży nadwątlony. Na ratunek w takich sytuacjach może przyjść taka rodzinna inicjatywa jaką odnaleźliśmy w jednej z uliczek Singapuru:

Penang

Długo trwało podjęcie decyzji o wyjeździe, a wszystko przez rześkie powietrze w Cameron Highland. Jedyne co nas ciągnęło dalej to ściągawka z zestawem potraw na każdą okazję i fakt, że 6 dni to bardzo długo jak na jedno miejsce

Kierunek obrany był już wcześniej pozostało tylko zdobyć się na opuszczenie herbacianych wzgórz.

Oczywiście wcześniej dwukrotnie podjęliśmy próbę pokonania trasy przez dżunglę o bardzo romantycznej nazwie 9A – jednak każdorazowo kończyła się ona w opuszczonym garażu na obrzeżach miasteczka, gdzie próbowaliśmy przeczekać deszcz. Zgodnie z oczekiwaniem nie kończył się on więc wracaliśmy do “naszej” knajpki na małe co nieco.
Mając do wyboru trzecie podejście na trasę lub odwiedzenie Georgetown wybraliśmy to drugie.

Na miejscu dopadł nas żar z jasnego nieba i praktycznie żadnej chmurki dającej nadzieję na wytchnienie.

Jak zwykle zgubiliśmy się, a bezpłatny autobus kluczył po jednokierunkowych uliczkach nie pozwalając nam zorientować się w naszym położeniu. Jako, że wyposażeni w cały dobytek w postaci córki, walizy bez kółek i urwaną rączką, plecaki i pomniejsze tobołki ledwo się mieściliśmy w coraz bardziej zapchanym autobusie – podjęliśmy heroiczną próbę wydostania się na zewnątrz. Już na drugim przystanku się udało – i chyba w sumie dobrze bo znajdował się on niemal na przeciw wielgachnego hotelu z pokojami za rozsądną cenę. Grunt, że była klima i niesamowity widok – bo pokój trafił się nam na piętrze ostatnim.