Georgetown

Prawda o tym miejscu jest taka, że kusiło nas od momentu opuszczenia Singapuru. Nasi doradcy (szukać w “tu zaglądamy”) na tyle obrazowo sprzedali nam klimat miejsca, że koniecznie chcieliśmy je zobaczyć.

Pewne było, że z głodu nie zginiemy więc byliśmy spokojni. Co prawda po przygodzie w jednej z indyjskich knajp (noł spajsi maj frend) – kiedy to niemal brakło zapasów Tigera jak skosztowałem dania zamówionego dla trzylatki – byliśmy nieco ostrożniejsi.

Nawet topografię miasta poznaliśmy na tyle by dotrzeć do sklepu fotograficznego gdzie mieli takie fajne armaty z napisem Nikon w cenie mocno dumpingowej. Po długim wahaniu (jakieś 20 minut) zestaw fotograficzny został uzupełniony o tele, a budżet po raz n-ty w czasie podróży nadwątlony. Na ratunek w takich sytuacjach może przyjść taka rodzinna inicjatywa jaką odnaleźliśmy w jednej z uliczek Singapuru:

Tak więc chodzimy sobie i coraz bardziej nam się tu podoba…


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *