Kek Lok Si

Jak podaje NiezbędnikKażdegoPrawdziwegoBackpackersa Penang szczyci się tym, że zlokalizowany nań została jedna z największych świątyń buddyjskich. Ponoć mają tam jeden z największych posągów (Buddy), no ale gdzie im tam do naszego Świebodzińskiego Dżizusa (“gdzie tam” = 3m).

Atrakcyjność tego miejsca potęguje dostępność autobusem miejskim (i to klimatyzowanym) za parędziesiąt groszy polskich. Sama podróż tymże autobusem to już wycieczka bo trwa ponad godzinę i kończy się pośród wszędzie rozstawionych straganów. Aby odnaleźć drogę do świątyni wystarczy kierować się tam gdzie największy tłum handlarzy. Jeśli zaś wydaje się Wam, że dalej już nie da rady iść to znaczy, że jesteście coraz bliżej celu. Tradycyjnie na straganach kupić można niemal wszystko (choć brylują koszulki HardRockCafe i Starbucks). Normalnie lepsi są niż nasi odpuściarze z korkowcami, blaszanymi pierścionkami i sznurami “oponek”.

Jak już w pocie czoła udało się nam dotrzeć na miejsce okazało się, że nie chcą od nas kasy za wstęp. Oczywiście wydało się nam to mocno podejrzane tym bardziej, że wiele atrakcji mijaliśmy po drodze – między innymi hodowlę żółwi, które to w buddyzmie są symbolem długowieczności i powodzenia.

Jak sądzimy tutaj żyć będą wiecznie…

… kolejną atrakcją miał być posąg Buddy tu już stanęli na wysokości zadania i za dojazd windą kasują parę ringidów od familji. Pewnie istniał sposób tańszy, już dawno rozpracowany przez rodaków – ale w taki upał możemy sobie pozwolić na odrobinę luksusu.


Posąg taki se i na dodatek w remoncie, więc nie będziemy się chwalić zdjęciami. Była jednak dróżka prowadząca do kolejnej świątyni (no i oczywiście kolejna kasa celem wspomożenia tej cudownej świątyni (coraz bardziej przekonywaliśmy się, że znana jest przede wszystkim z tego że jest znana). Tutaj okazuje się, że już tanio nie jest bo po dwa fraglesy (tak nazwijmy umownie walutę lokalną) ode łba + dziecko za free. Gdy podaję banknot pięciofraglesowy nagle okazuje się, że za dziecko jednak się należy. Trudno, niech dziewczę zwiedza za ciężko zarobione przez ojców 85groszy polskich.
Oczywiście wykorzystuje to zachowując się zgodnie z oczekiwaniem

pasjonująca trasa wycieczki prowadzi na wieże pagody, gdzie na przedostatnim piętrze tejże, niemal wyczerpani z wysiłku zostajemy dogonieni przez wysportowanego samozwańczego biletera. Jeszcze minutę temu ledwo powłóczył bidny nogami na dziedzińcu przed budowlą wypatrując ochotników skorych obdarzyć go jałmużną.

My ludzie bogobojni zaraz dopytujemy go jak potężną moc uzdrawiającą musi mieć pagoda owa skoro takie śmigło w dupę dostał, że nas dogonił.

On zaś wymijająco odpowiada, że tłenty for icz.  Będziesz widział tlenty jak świnia niebo sobie pomyśleliśmy i dawaj z nim dyskutować, że nie bardzo rozumiemy o jakie dwadzieścia fraglesów mu chodzi. Jak się okazuje dwadzieścia od duszy – wszak miejsce to wyjątkowe i speeda daje jak mało co (szkoda, że tylko tym ledwo łażącym), na dodatek o zniżkach na dzieci nie słyszał więc sześćdziesiąt mu wisimy i basta.

Na nic się zdają porozumiewawcze spojrzenia dające do zrozumienia, że jest wysoko, w oknie brak szyby, nas trójka, on sam a wypadki się zdarzają. Bileter rżnie głupa jak Ace Ventura. To i my rżniemy, że z Czechosłowacji i że zarobieni jesteśmy, i w ogóle to wolna sobota jest. Męczywór po pięciu minutach poddaje się i tzw błyskiem ciupagi znów jest na dole szukając kolejnej ofiary.
My łapiemy oddech i uwieczniamy okoliczności przyrody i wracamy na dół bo jeszcze tyle atrakcji przed nami…





W drodze powrotnej nasza pociecha staje się atrakcją wśród lokalnych turystów próbujących nakłonić ją do zrobienia sobie z nimi zdjęcia. Oczywiście najpierw pytają nas – ale jako, że odsyłamy ich do bezpośrednio zainteresowanej to wysiłki te na nic się zdają, bo odkąd ma szlaban na bajki to jej asertywność wzrosła do poziomu audytorów z Ernst&Young. Tyle, że w nich firma zainwestowała tysiące złociszy, a my odcięliśmy Krecika i spółkę.

W drodze powrotnej zauważamy dziesiątki pomniejszych posągów i dzięki nim wszystko staje się jasne.

One Response to Kek Lok Si

  1. Ola says:

    uśmiałam się czytajac opowieść o samozwańczym bileterze:)
    podoba mi się Wasze motto dla bloga:)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *