Monthly Archives: December 2011

Statystycznie rzecz biorąc…

Jak to zwykle bywa na koniec podróży (choć nie jesteśmy pewni czy to rzeczywiście jej koniec – czy raczej jeden z jej etapów) wypadałoby jakoś podsumować to co się przez ten cały rok wydarzyło.

O “wyprawie”

Jako, że ze statystyki byłem niezły na uczelni to miałem zamiar jakoś ładnie to wszystko zebrać do kupy i podzielić się z Wami. Nie wiem czy to dlatego, że “niezły” wynikało z ponadprzeciętnych umiejętności zapuszczania żurawia, a może dlatego że suche dane tak naprawdę nic nie znaczą w konfrontacji z dwunastoma miesiącami przez które byliśmy “skazani” na siebie.  Zacząłem od zsumowania paczek jakie przyleciały/przypłynęły/przyszły (przynajmniej ta z Australii wyglądała na mocno zmęczoną życiem i podróżą – a czas jaki jej zajęło dotarcie do Polski też to potwierdza) – i co nam wyszło?

1 0 8  (S T O   O S I E M) kilogramów.

Wewnątrz jakieś lokalne mapy, przewodniki, pamiątki, ubranka najmłodszej i inne niespodzianki – jakich nie spodziewaliśmy się wewnątrz znaleźć – człowiek zapomniał co wysyłał.
Po podsumowaniu kilometrów przejechanych tylko i wyłącznie samochodami, i to samodzielnie – gdzie wyszła nam cyfra nieco przekraczająca długość równika (dla tych co ściągali na geografii 40 041km) dałem sobie spokój bo zaczęło wychodzić na to, że nic innego nie robiliśmy tylko się przemieszczaliśmy. A przecież do tego powinny dojść 27 lotów dłuższych i krótszych, kilka dni na statku gdzieś pośród chilijskich fiordów, masa autobusowych przejazdów, trochę pedałowania na rowerze, jakieś promy, motorówki i kilometry pieszych wędrówek.

Singapur

Mieliśmy spędzić w Malezji jeszcze dziesięć dni – z czego prawie połowa miała być na rajskiej plaży. Z oczywistych względów plażę odpuściliśmy na rzecz Cameron Highland gdzie zawitaliśmy na kolejnych kilka dni celem złapania oddechu. Znów nam się nie udało “zaliczyć” słynnej trasy przez dżunglę – cóż niestety pogoda była nieubłagana dla naszej potrzeby zwiedzania – za to zbawienna dla żołądków i ciał bo w sumie nie robiliśmy nic innego niż siedzieliśmy w knajpie z krótkimi przerwami, a to na zakup płynu do “puszczacza baniek” Marty, a to na masaż stóp z projekcją konkursu na najśmieszniejsze nakrycie głowy, a to masaż reszty ciała – tudzież palenie pochodni w moim uchu…

z życia wzięte

budda i takie tam…

Jak na konserwatywną, radykalną, tradycyjną i Bóg (do wyboru który) raczy wiedzieć jaką część Malezji Kelantan nie zachwycił nas swoim islamskim klimatem – ot nieco szczelniej pozakrywane kobiety i… w sumie tyle – nie było tej niesamowitości porannych śpiewów nawołujących do modlitwy, nie było tej niesamowitości ciszy i spokoju w meczetach było za to całe multum świątyń innego rodzaju. Oczywiście królują tutaj świątynie buddyjskie z motywem przewodnim występującym w przeróżnych pozach, a to siedzącej, a to leżącej, a to stojącej czy też z jakimś smokiem wijącym się po podwórku.
Tak czy inaczej pokrążyliśmy nieco po okolicy – przy okazji pozwalając Marcie popuszczać bańki z kumplem z klasztoru.

coś dla turystów

Jak wspomnieliśmy pod latarnią najciemniej – ale po kolei. Spacerując o “godzinie, której nie ma” czyli jakaś dziewiąta rano w niedziele (czyli każdy jeden dzień odkąd wyruszyliśmy w drogę) po jeszcze chłodnych (+28) ulicach pytamy Malaja o drogę i od słowa do słowa okazuje się, że ma dość dużo wiedzy na temat okolic, ma również Protona WIra rocznik ’90, którego nie zawaha się użyć gdybyśmy byli zainteresowani pokręceniem się po okolicy. To wszystko było wynikiem dłuższej rozmowy i raczej my byliśmy stroną bardziej nagabującą niż atakowani przez Majfrenda.

No dobra, szybkie drugie śniadanie i jedziemy z naszym nowym znajomym do fabryki lalek do teatru cieni. Podchodzimy do zagadnienia bardzo sceptycznie bo to pewnie typowa atrakcja dla turystów i to innych niż muzułmanie bo władze (a Malezja jest krajem z jasno określoną religią) delikatenie rzecz ujmując nie pochwalają tych przedstawień. Dość często uprzednio organizowane pokazy w ośrodku kultury Kota Bharu obecnie goszczą tam sporadycznie (tak przynajmniej jest w kwietniu gdy tam byliśmy) i ciężko jest zobaczyć pełne przedstawienie.

Sposób przygotowania lalek robi wrażenie swoją precyzją i przede wszystkim trwałością bo jak mieliśmy okazję się przekonać lekko nie mają podczas występów. Specjalnie wyprawiona skóra po kolejnych zabiegach nabiera kształtu swojego przyszłego bohatera. Malowanie specjalnymi farbami, następnie zabezpieczanie całości specjalnymi lakierami wydłuża czas powstawania “kukiełki” do ponad tygodnia. Marcie oczywiście bardzo się podobają “lalecki”, ona zaś całemu zespołowi produkującemu “aktorów”. Co prawda córka zdecydowanie woli kontakt osobisty z lalkami – podczas gdy przedstawienie opiera się na tzw projekcji tylnej.

Szkoda, że (jak myślimy) nie będzie możliwości zobaczyć takiego przedstawienia….

Kelantan – po co tam jedziecie?

Słowem wyjaśnienia -jesteśmy “lenie” i dlatego nas długo nie było, dlaczego konkretnie o tym będzie później i będzie odpowiedzią na jedno pytanie, które pewnie wielu nurtuje…

Wracając do Malezji czyli miejsca gdzie “jesteśmy” –  mieliśmy plan, oczywista, że plan był wyśmienity (jak się zdawało) polegający na spędzeniu czasu na plaży jednej z malezyjskich wysepek. W tym też celu pojechaliśmy do Kota Bharu – stąd miało być blisko do plażowego raju… Nie łatwo było opuścić Georgetown bo to bardzo klimatyczne miejsce, ale w końcu kupujemy bilet i wyjeżdżamy (i dobrze bo już zaczynałem myśleć nad kolejnym dodatkiem do aparatu).

Jeśli chodzi o Kelantan to większość internetowych “fachowców” pisała, że to beznadzieja i nie ma tam nic do oglądania i robienia, z kolei z opisów “naszych” fachowców wynikało, że warto – tak więc wybór był prosty.

Ta część Malezji uchodzi za najbardziej konserwatywną i radykalną jeśli chodzi o wyznawców islamu. Kto wie czy nie należałoby napisać, ze najbardziej postępowa – w końcu islam w Malezji choć obecny dość długo to najbardziej ewoluował przez ostatnie kilkadziesiąt lat i okolice Kota Bharu są chyba najbardziej “do przodu” w tym temacie.

Pierwsze wrażenie jest dokładnie takie jak opisywała “większość”, o której wspomnieliśmy. Zakamuflowane kobiety, wszechobecny bród, szczury wielkości kota biegające w biały dzień po ulicach, obowiązkowe strzałki wskazujące kierunek modlenia się w pokojach hotelowych składało się na obraz jaki zobaczyliśmy na miejscu.

Z drugiej zaś strony, szczelny ubiór nie przeszkadzał dziewczynom w bardzo dynamicznych rozgrywkach w Street-basketball (temperatura była w okolicy 35stopni Celsjusza), mieszkańcy bardzo uprzejmi i w żaden sposób nie pokazujący swojej wyższości mimo naszego innowierstwa, jedzenie przepyszne i parę innych rzeczy typu “pod latarnią najciemniej” zdecydowanie podnosiły ocenę KB w naszych oczach.

Podnosiła do tego stopnia, że nie wyobrażaliśmy sobie utraty możliwości eksploracji tego miejsca na rzecz jakiejś plaży, inna sprawa, że jeśli mamy za własne ciężko zarobione pieniądze katować się w upale na jakiejś wyspie (pamiętajcie – że dla nas lato trwa już bez mała rok non stop) – to już raczej wolimy wrócić do Polski – albo zostać w Kota i nieco aktywniej spędzić czas.