Singapur

Mieliśmy spędzić w Malezji jeszcze dziesięć dni – z czego prawie połowa miała być na rajskiej plaży. Z oczywistych względów plażę odpuściliśmy na rzecz Cameron Highland gdzie zawitaliśmy na kolejnych kilka dni celem złapania oddechu. Znów nam się nie udało “zaliczyć” słynnej trasy przez dżunglę – cóż niestety pogoda była nieubłagana dla naszej potrzeby zwiedzania – za to zbawienna dla żołądków i ciał bo w sumie nie robiliśmy nic innego niż siedzieliśmy w knajpie z krótkimi przerwami, a to na zakup płynu do “puszczacza baniek” Marty, a to na masaż stóp z projekcją konkursu na najśmieszniejsze nakrycie głowy, a to masaż reszty ciała – tudzież palenie pochodni w moim uchu…

Tak czy inaczej gdzieś tam wcześniej dostaliśmy przemiłego maila od dwójki rodaków, którzy mieszkają w Singapurze. Od słowa do słowa ustawiliśmy się na jakieś piwko z zagrychą już w tym maleńkim państwie.
Gnaliśmy jak na skrzydłach pięknymi malezyjskimi szosami, jedynie motodiabły śmigające po poboczu mogły nawiązać walkę z naszym busem:

Był po drodze jakiś postój w KL i jak zwykle znów nic nie wyszło ze zrobienia zdjęcia wieżą Petronas bo lało jak z cebra w czasie gdy nie spaliśmy i nie jedliśmy…

Będąc już na miejscu (S.) zabunkrowaliśmy się w naszej norze o powierzchni 5cm2 – nie dlatego, że była tak przyjemna -ale z powodów czysto ekonomicznych.
W planach był oczywiście szopppppping za ostatnie grosze na koncie (a okazji cenowych TTYYYYYYLLLLLEEEE) i spotkanie z Agatą i Przemkiem, o których już wspominaliśmy. Oczywiście kolejność była odwrotna – ale chciałem trochę dramaturgii zbudować w poście.
Co do naszych przewodników to nie będziemy ich za bardzo chwalić – bo zaraz się zaczną im zwalać tysiące podróżnych na kolację 🙂 Swoje wiemy i nigdy – przenigdy nie poznalibyśmy Singapuru z takiej strony z jakiej oni nam go pokazali. Ponadto całość okraszona byłą masą ciekawostek, ploteczek i opowieści, które pewnie dla każdej innej nacji byłyby zupełnie nieinteresujące.
Z grubsza miasto bardzo zyskało w naszych oczach, bo też i nasze oczy dojrzały to czego pewnie czytając LP nigdy by nie doświadczyły.
Kapitalne jadłodajnie, nocne wędrówki tunelami pod miastem, podziwianie panoramy miasta z biura Przemka (wraz ze zwiedzaniem poziomu “entertainment” w tymże biurowcu). Ech, łza się w oku zakręciła. Inny świat jednym słowem, a już wizyta na tarasie widokowym restauracji na dachu (a raczej ogrodzie) hotelu przy Marina Bay był dopełnieniem całokształtu.
Nie będziemy wspominać o laserowych pokazach odbywających się każdego dnia (kilka razy) nad Marina Bay bo jeszcze się Warszawiakom przykro zrobi, że ich cudne fontanny żeby podziwiać trzeba się ustawić w kolejce już parę godzin wcześniej TEGO dnia tygodnie W KTÓRYM się odbywają. Potem z reguły i tak nic nie widać bo przyjeżdża wycieczka koszykarzy z Garwolina i staje dokładnie przed nami… A tu jakiś urzędas sobie wymyślił, żeby było za darmo, dla wszystkich, i kilka razy dziennie bo różnie ludzie czasem dysponują… To trochę jak z pokazem sztucznych ogni w Sydney – chcesz zobaczyć to co najciekawsze/najpiękniejsze i przeżyć atmosferę to idziesz w Sylwestra na pokaz dla rodzin o 21 a później już w domu ze znajomymi bez tłoku i wspomnianych już koszykarzy ( na pewno też tu przyjadą) obejrzeć na ekranie właściwy spektakl nakręcony z 10 różnych miejsc.









Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *