Statystycznie rzecz biorąc…

Jak to zwykle bywa na koniec podróży (choć nie jesteśmy pewni czy to rzeczywiście jej koniec – czy raczej jeden z jej etapów) wypadałoby jakoś podsumować to co się przez ten cały rok wydarzyło.

O “wyprawie”

Jako, że ze statystyki byłem niezły na uczelni to miałem zamiar jakoś ładnie to wszystko zebrać do kupy i podzielić się z Wami. Nie wiem czy to dlatego, że “niezły” wynikało z ponadprzeciętnych umiejętności zapuszczania żurawia, a może dlatego że suche dane tak naprawdę nic nie znaczą w konfrontacji z dwunastoma miesiącami przez które byliśmy “skazani” na siebie.  Zacząłem od zsumowania paczek jakie przyleciały/przypłynęły/przyszły (przynajmniej ta z Australii wyglądała na mocno zmęczoną życiem i podróżą – a czas jaki jej zajęło dotarcie do Polski też to potwierdza) – i co nam wyszło?

1 0 8  (S T O   O S I E M) kilogramów.

Wewnątrz jakieś lokalne mapy, przewodniki, pamiątki, ubranka najmłodszej i inne niespodzianki – jakich nie spodziewaliśmy się wewnątrz znaleźć – człowiek zapomniał co wysyłał.
Po podsumowaniu kilometrów przejechanych tylko i wyłącznie samochodami, i to samodzielnie – gdzie wyszła nam cyfra nieco przekraczająca długość równika (dla tych co ściągali na geografii 40 041km) dałem sobie spokój bo zaczęło wychodzić na to, że nic innego nie robiliśmy tylko się przemieszczaliśmy. A przecież do tego powinny dojść 27 lotów dłuższych i krótszych, kilka dni na statku gdzieś pośród chilijskich fiordów, masa autobusowych przejazdów, trochę pedałowania na rowerze, jakieś promy, motorówki i kilometry pieszych wędrówek.

I tak przez rok i jeden dzień – bo tyle dokładnie trwała cała Podróż. Celowo nie używam określenia “wyprawa”czy “ekspedycja” 🙂 jak to ma w zwyczaju wiele osób namiętnie prowadzących “lans-blogi”, piszących książki podróżnicze, poradniki na każdą okazję i wypowiadający się przy każdej możliwej okazji na każdy możliwy temat. W sumie to takiej na przykład Pawlikowskiej zostało do napisania tylko “Sam naprawiam Zaporożca” i jeszcze jeden tytuł mi przychodzi do głowy ale go nie wymienię bo być może czytają nieletni…

Generalnie inaczej czyta się literaturę “podróżniczą” po powrocie – nagle się okazuje – że człowiek jednak był na WYPRAWIE i wjechał kamperem z trzylatką na pokładzie tam gdzie PRAWDZIWI PODRÓŻNICY przedzierali się tygodniami przez busz….

Podróżnikami też się nie czujemy pełną gębą – raczej podróżnymi spełniającymi swoje życiowe marzenie 🙂 No ale każdy może mieć swoją definicję – ale przecież nie o tym miało być.

Czas

Za nami dwanaście krajów (plus dwa “na szybko”) na czterech kontynentach,  w każdym staraliśmy się spędzić nieco więcej czasu niż “standardowy” turysta i choć trochę pobyć w danym miejscu.  Rzecz jasna czujemy duży niedosyt – bo nawet będąc miesiąc w jednym miejscu jest ciężko “poczuć” go w pełni.

Z drugiej zaś strony ten rok to w naszym odczuciu…

…za długo.

Tak, tak za długo i to o jakieś 3 miesiące. Oczywiście to nie oznacza, że ostatni kwartał był dla nas męczarnią ale czuliśmy już pewien przesyt tym wszystkim co działo się wokół nas. Patrząc na to z przed ekranu komputera wydawać się może, że nas “pogięło”, i że jesteśmy rozpieszczonymi “dzieciakami”, których nic już nie jest w stanie zadowolić. Otóż, ani nas nie “pogięło”, ani nie jesteśmy “rozpieszczeni” po prostu 9 miesięcy przebywania w miejscach powalających swoją urodą powoduje, że nasze zmysły przestają już reagować nieustannym “ahaniem” i “ohaniem” coraz szerszym otwarciem oczu oraz otworu gębowego. Pewnie stąd wynikało nasze “przesilenie” w Australii – zwłaszcza w Sydney i brak zachwytu Azją. Byciu “dzieciakami” nie zaprzeczymy bo w naszym wieku to raczej komplement i to dużego kalibru 🙂

Dlatego uważamy, że dobrze jest sobie zrobić przerwę i dozować radość poznawania nowych miejsc. Może wynika to z faktu, że jak się podróżuje z dzieckiem to nieco inaczej patrzy się na otaczający nas świat, a może my po prostu jesteśmy nieco bardziej “domatorscy” niż nam się wydawało nim wyjechaliśmy. Trudno jest się odnieść do innych podróżujących z dzieckiem/dziećmi – bo tak naprawdę jest ich niewielu – mowa o rocznym “szwędaniu się po świecie”, a pewnie też nie każdy z nich ma takie odczucia jak my -bądź chce się do takowych przyznać.

Bilans

Już po powrocie ktoś zapytał mnie: “Ile straciliście przez ten rok?”, zrobiłem taaaakie oczy –  bo jak to “straciliśmy”?

Oczywiście jakieś “straty” były (zaraz o nich będzie), jeśli zaś chodzi o wydatki to o dziwo zmieściliśmy się w budżecie. Co prawda zawierał w sobie 15% kwoty “na wszelki wypadek”, która to oczywiście została w całości skonsumowana, a i to tylko dlatego, że odpuściliśmy dodatkowe 3 tygodnie w Australii na rzecz Malezji, inaczej mogłoby być krucho.

Ile w sumie? Dobry samochód (i to prawie nowy), trudno podawać konkretne kwoty bo każdy podróżuje inaczej i w innym miejscu ma swój “próg bólu”. Jakikolwiek by ten samochód nie był to warto go było poświęcić i przeżyć to co nam było dane przez ten czas.

Wracając jednak do bilansu możemy je zakwalifikować do trzech grup: czas, kasa i zdrowie.

Do pierwszej grupy niewiele możemy zaliczyć – bo czy pobyt w Las Vegas był stratą czasu? Dla mnie był ale wówczas Renata i Marta nie miałyby okazji przekonać się na własnych oczach “jak tam jest”. Czy pobyt w Valparaiso był stratą czasu? Gdy tam byliśmy wydawało się nam, że i owszem – choć tak naprawdę z perspektywy czasu wcale nie było aż tak źle. Czy były miejsca gdzie czuliśmy niedosyt, skąd musieliśmy jechać dalej? Pewnie, że była ich cała masa – to jest jednak rzecz na stałe wpisana w taką formę podróżowania jaką my wybraliśmy- jeśli chce się coś więcej zobaczyć  trzeba w końcu ruszyć dalej – inaczej do dziś siedzielibyśmy np. w Guanajuato w Meksyku… Na drugim zaś biegunie w tej kategorii jest ROK spędzony razem – o ile bycie z drugą połówką bywa męczące i żadne opowiadanie bajek o patrzeniu sobie w oczka mnie nie przekona, że można tak rok bez kłótni, nerwów i dąsów bo to NIEMOŻLIWE – absolutnie i bezapelacyjnie – za to rok z dwulatką (właściwie 9 miesięcy bo potem to już była trzylatka) to MISTRZOSTWO ŚWIATA – wart każdych pieniędzy i każdego poświęcenia – to nawet odliczając czas na pobycie samemu (wyjazd do Boliwii) noce i czas zabawy z tym “drugim” rodzicem tak jakby (pracując normalnie) spędzać z dzieciakiem wieczorami i weekendami trzy lata! Tylko który dzieciak jest przez trzy lata dwulatkiem? Zaczyna walić ripostami w najmniej oczekiwanym momencie i jest na ostatniej prostej przed przedszkolnymi znajomościami…

Finansowe straty? Mniej niż zakładaliśmy  🙂 ale oczywiście były. Zaczęło się zaraz na początku w Meksyku od zgubionych 50 pesos, potem był rozbity obiektyw w Las Vegas którego agonia trwała około pół roku – był tak naprawdę przyczynkiem do zakupienia obiektywu z prawdziwego zdarzenia i nauczenia się radzenia sobie tylko z szerokim kątem – w tzw.  międzyczasie. Potem był skradziony Canon Ixus w Rio – co na tle hostelowych historii zasłyszanych nieco później było niewielką ceną naszej niefrasobliwości. Podobny aparat odkupiliśmy już w Sydney na obłędnej wyprzedaży przed Sylwestrem (do dzisiaj takie wodoodporne Lumixy w Polsce kosztują o 30% więcej).

Później było pasmo sukcesów w walce z kieszonkowcami z Buenos Aires grasującymi w metrze – jeden to chyba nawet stracił żebro próbując robić sztuczny tłum w drzwiach do kolejki – cóż ryzyko ma wpisane w wykonywany zawód.  Największa strata przyszła w Salcie w Argentynie gdzie wykiwała nas wypożyczalnia samochodów na dobrze ponad tysiąc dolarów – czyli jednym słowem najdrożej wypożyczone Clio w moim życiu.

No i tyle byłoby strat czysto materialnych w naszej podróży.

Jeśli chodzi o zdrowie to nijak się nie wpisaliśmy w statystykę tych co to ich pogoniło – bo powinniśmy na biegunkę zapaść przynajmniej kilkakrotnie (każdy z nas) – podczas gdy przygoda była tylko jedna i trwała całe trzy dni (Marta). Nie było żadnych innych większych “usterek” – no może jedno przeziębienie (Renata w Puerto Natales) i kilkukrotny katar Marty. I tyle z chorób wszelakich. Oczywiście były też urazy mechaniczne w postaci – jednego prawie złamanego palca w Nowej Zelandii, rozbitego czoła w BA (Marta) i paznokcia, który był zszedł z palucha po Tongariro Crossing w NZ.

WPZS.PL

Nie będziemy ukrywać, że dla nas blog służy do trzech rzeczy (kolejność przypadkowa bądź nie) po pierwsze jest pewnego rodzaju ekshibicjonizmem, no bo jak inaczej nazwać publiczne chwalipięctwo celem wywołania permanentnego skakania gula u niektórych, zwłaszcza rodzinki tej co to na zdjęciu…. 🙂

Oczywiście to tylko część prawdy, bo jest też druga rzecz czyli próba walki z własną sklerozą i zachowanie pewnych ulotnych wspomnień na przyszłość – najłatwiej jest je gdzieś spisać – a internet ciężko zgubić w porównaniu do takiego np. notesu. Co prawda z tym byciem na bieżąco bywało jak bywało – co nam taki jeden niedawno w komentarzu wypomniał 🙂 Bardziej to jednak wynika z powrotu do rzeczywistości i próby nie_ze_świrowania w kraju, za którym tak bardzo tęskniliśmy.

Ale w tym akapicie chodziło bardziej także o tą trzecią część czyli widownie czyli o Was. Być może nie mamy za dużej wiedzy bo nieco zbyt późno zaczęliśmy inwigilację ale to co do tej pory zaobserwowaliśmy daje jakiś tam obraz. Dzięki takiemu np fejsbókowi wiemy jakich kobiet (większość szatynki w wieku….) najwięcej nas polubiło i że na tym portalu społecznościowym liczba “lubiących” dobija powoli do 700.  Analizując zaś dane z google analitics wychodzi że 18 tysiaków Unikalnych użytkowników (cokolwiek to oznacza – w końcu każdy z nas jest na swój sposób Unikalny) zajrzało do nas na stronę, która to była odsłaniana grubo ponad 100 tysięcy razy i to z 91 krajów – to nawet zakładając, że sami sobie nabijaliśmy wejścia na stronę tam gdzie nie było to zbyt drogie 🙂 pozostaje 80 krajów gdzie tego nie robiliśmy – bo nie było nas tam. Oczywiście przoduje tutaj Polska potem jest “długo_długo_nic” – a następnie UK i depczące jej po piętach US, Australia i Irlandia. Niestety nie wizytowali nas zbyt często mieszkańcy Czarnego Lądu i Grenlandii – może następnym razem – były za to tak egzotyczne miejsca jak Vanuatu czy Wyspy Świętego Wincenta i Grenadyny oraz kraj zwany w GA “not set” – który to zresztą na dość wysokiej 7 pozycji w naszym zestawieniu – może to Marsjanie?

Wszystkim Wam Serdecznie DZIĘKUJEMY!!!

Nie będziemy wchodzić w inne dane bo nie bardzo wiem jak się do nich odnieść (jednym słowem nic z nich nie rozumiem) – jedyne co to dzięki takiemu łapaczowi spamu jaki mamy zainstalowany na “naszym” wordpressie wiemy, że ponad 800 razy w komentarzu miały się pojawić się reklamy viagry i innych ciekawych specyfików – mam nadzieję, że nie macie nam za złe że je “wykosiliśmy” ze strony.

chyba wystarczy tego przydługiego wpisu…. Przy okazji gratulujemy tym co doczytali aż tutaj 🙂

…. w kolejnym odcinku napiszemy parę słów jak to jest z dzieciakiem w podróży.

8 Responses to Statystycznie rzecz biorąc…

  1. Piotr says:

    Statystycznie rzecz biorąc całkiem ładne statystyki. Gratulować i pozazdrościć Podróży. Nasz blog obchodził dopiero co pierwsze urodziny i nosiłem się z zamiarem umieszczenia statystyk, ale po przeczytaniu Waszych odpuszczam sobie. Może coś skrobnę jak mi się podniesie współczynnik odwiedzin szatynek…
    pozdrawiam 😉

  2. miki says:

    🙁 szkoda że to już koniec
    czym ja będę zabijał swoją przerwę śniadaniową ?

    Nie mniej pozdrawiam Was gorąco i dziękuję za to wszystko co robiliście na tej stronie.

    Pozdrawiam

  3. Andrzej says:

    Wiecie co? Ostro! Mało osób umie przyznać się do tego, że podróż była za długo, że się nią zmęczyli… Szacunek za to!
    Teraz wiem, dlaczego tak “nieładnie” o Australii pisaliście :PP

    PS: Kraj “not set” kręci i nas od jakiegoś czasu… w LP jednak o tym jeszcze nie piszą – nie możemy znaleźć 😉

  4. Mariusz says:

    Andrzej,

    fajnie jest nie musieć niczego udawać 🙂

    Co do Australii to na tej wielkości kraj to tam tak naprawdę NIEWIELE jest, nie zmieni tego wprost niesamowite Red Center czy Tasmania – którą kochamy na równi z Nową Zelandią (mimo że mniej “spektakularna”). NIEWIELE jest w odniesieniu do podobnych powierzchni np. w Ameryce (do wyboru której) czy Azji (choć my tego nie doświadczyliśmy – ale też trudno powiedzieć, że coś widzieliśmy tam – Malezja to niewielki i nie do końca reprezentatywny wycinek kontynentu.

  5. Hubert Muchalski says:

    Gratulacje i szcuneczek!

    Czekam na kolejny odcinek, choć trochę już udało mi się od Was wycisnąć podczas intewju.

    Co do lotniczej mapy, to jak bym chciał szukać znaczenia w tych niebieskich liniach to litery WPZS by się łatwo znalazły. Powiedz, że to było zamierzone i że odkryłem Twój niecny plan wpisania się na globie.

  6. Hubert Muchalski says:

    Jeszcze jedno. Porównanie “strat” do nowego fajnego auta nie jest do końca właściwe. Należy porównać do fajnego ale rocznego auta z 40 tys km na liczniku.

  7. Jan says:

    Zawsze miło poczytać, sam lubię podróże. Gratuluję i pozdrawiam serdecznie

  8. Mariusz says:

    Hubert – roczny to prawie nowy 🙂
    ciekawe co wyczytasz w mapkach z działu “tu byłem” 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *