Monthly Archives: May 2012

90083478 byle dalej.indd

bez ściemy

Roczne siedzenie nad klawiaturą i próba przelania własnych myśli na bloga uświadamia niedostatki umiejętności tak wydawać się może prozaicznej jak pisanie.
Na wytłumaczenie własnej nieudolności mogę tylko napisać, że humanistyczną edukację zakończyłem na ósmej klasie podstawówki. Oczywiście języka pisanego używało się i później ale na poziomie mocno odbiegającym od minimum pozwalającego na publiczne zdawanie relacji z tego co się dzieje w naszym życiu. Świadomość tego popchnęła mnie tuż po powrocie do księgarni gdzie objuczony papierem udałem się do kasy. Szczęście w nieszczęściu (bo trzeba to będzie teraz przeczytać), że ceny u nas względnie normalne – co takie oczywiste np. w Argentynie nie było.

Sam fakt odbycia podróży takiej jak nasza otwiera oczy na tysiące spraw. Przede wszystkim zaś na twórczość wszelkich samozwańczych EkspertówPodróżnikówNiemalCudotwórcówŁowcówPrzygódSpecjalistówOdWszystkiego itd.

Szosa Transfagarska

Władek tu był – my zresztą też

Nim nawiążemy do tytułu to mała dygresja co do spędzania wolnego czasu przez miejscowych. G R I  L U   JĄ  – niby my naród wybrany/uciskany (wybrać w zależności od opcji politycznej) jesteśmy mistrzami barbekju – ale tylko nam się tak wydaje. Bo mistrzami są Rumuni. To absolutnie bezkonkurencyjny naród grillowaczy.

W okolicach co większych miast kilometrami ciągły się lasy i łąki, gdzie niemal jeden przy drugim zaparkowany był samochód. Obok blaszanego obiektu kultu zgromadzona spora gromadka oczekujących na kawał mięcha. Najmniejszy kawałek miejsca wykorzystany jest wręcz wzorcowo. Czy to polanka, czy przecinka w lesie, a może magistrala ciepłownicza biegnąca wzdłuż drogi, każde miejsce jest idealne lub super idealne.

Grillowanie nie zna podziałów klasowych – obok Mercedesa (nowego) stoi furmanka gdzie chabeta wolno skubie siano spod kół sąsiada.

ajfon

kierunek wybrzeże

Wolna jazda wśród pagórków Bukowiny i Maramures byłaby cudowna gdyby nie fakt, że 9 dni urlopu topniało w oczach, a my ze łzami w oczach (jednak szkoda samochodu) posuwaliśmy się naprzód.

Gdy więc nadarzyła się okazja (czytaj droga z prawdziwym asfaltem w jednym kawałku) od razu poczuliśmy wiatr we włosach i puściliśmy się pędem do Constancy.

Co jakiś czas obserwowaliśmy wolno sunące z naprzeciw wiekowe Dacie 1310 w policyjnych barwach, które to z prędkością spacerową  sunęły przez pobocza (bo nie drogi)  Rumunii z migającymi kogutami na dachu. Ani chybi obława pomyśleliśmy mijając jeden z nich i pognaliśmy dalej.

Wiedziony dziwnym przeczuciem rzuciłem okiem w lusterko i zobaczyłem jak niemrawa dotąd konstrukcja pamiętająca urodziny Sarkozego nawraca na pełnym gazie obierając ten sam kierunek co my.

– patrz Kochanie dostali chyba jakieś wezwanie i jadą na akcję – powiedziałem żeby się uspokoić – dodając przy tym odrobinę gazu.

– no i sygnały włączyli – rzekła Renia

11

Jest taki kraj

Jako, że brak nam pomysłu na czterdzieste czwarte podsumowanie wyjazdu to wygrzebaliśmy gdzieś na dysku parę zdjęć z pewnej majówki.

Dawno, dawno temu, kiedy nasza pasja dopiero zaczynała kiełkować, a najmłodszy członek rodziny co prawda był już w planach ale niezbyt sprecyzowanych wymyśliliśmy sobie wyjazd do Rumunii. Jako, że specjalność polskich weekendów i świąt wszelakich (zwana też majówką) dobrze się wpasowała ze swoimi 9 dniami za 3 dni to udaliśmy się na południe. Było to w czasach kiedy kraj ten kojarzył się  głównie z prywatną inicjatywą żebrzącą na większych dworcach Rzeczypospolitej, tudzież aktualizującą bazę wirusów przy trasach przelotowych przecinających nasz piękny kraj. Tradycyjnie już nasi WIELKO-mieszczańscy znajomi zrobili WIELKIE oczy i pożegnali się z nami jakbyśmy mieli nie wrócić.  W sumie to i nam się udzieliło bo koniec końców pojechaliśmy służbowym.