bez ściemy

90083478 byle dalej.indd

Roczne siedzenie nad klawiaturą i próba przelania własnych myśli na bloga uświadamia niedostatki umiejętności tak wydawać się może prozaicznej jak pisanie.
Na wytłumaczenie własnej nieudolności mogę tylko napisać, że humanistyczną edukację zakończyłem na ósmej klasie podstawówki. Oczywiście języka pisanego używało się i później ale na poziomie mocno odbiegającym od minimum pozwalającego na publiczne zdawanie relacji z tego co się dzieje w naszym życiu. Świadomość tego popchnęła mnie tuż po powrocie do księgarni gdzie objuczony papierem udałem się do kasy. Szczęście w nieszczęściu (bo trzeba to będzie teraz przeczytać), że ceny u nas względnie normalne – co takie oczywiste np. w Argentynie nie było.

Sam fakt odbycia podróży takiej jak nasza otwiera oczy na tysiące spraw. Przede wszystkim zaś na twórczość wszelkich samozwańczych EkspertówPodróżnikówNiemalCudotwórcówŁowcówPrzygódSpecjalistówOdWszystkiego itd.

Jednym słowem można ich określić jako ściemniaczy. Co prawda są Jedyni, Niepowtarzalni, Bohaterscy, Niezwyciężeni – ale chyba tylko w swoich oczach i tylko w dziedzinie pisania mitomańskich kawałków.

Pół biedy jeśli te swoje wyprawy odbywają tylko w przestrzeni wirtualnej, lansując się na blogach czy portalach podróżniczych. Gorzej gdy próbują nam wcisnąć ten kit w postaci książki, za którą na dodatek każą sobie płacić.
Kogo jest najwięcej w księgarniach łatwo sprawdzić, nie polecamy jednak kierować się tym kryterium przy wyborze lektury – no chyba, że chcecie się koniecznie uczyć jakichś języków obcych, przeżycia w ekstremalnych warunkach czy może szukania skarbów, szamanów czy czego tam jeszcze.

Szukając czegoś ciekawego o podróżowaniu zaliczyliśmy kilka wtop – na szczęście szybka sprzedaż na allegro pozwoliła uwolnić trochę grosza, dość słabo zresztą, zainwestowanego. Skromnie rzecz ujmując dobry opis (będący zresztą przyczynkiem do popełnienia krótkiego tekstu dla Peron4) pozwolił pozbyć się zbędnej makulatury i kontynuować poszukiwania.

Po drodze, rzecz jasna, było trochę niezłej prozy w tematyce wokoło podróżniczej – ale większość to pozycje wprawionych reporterów typu Terzani czy Jagielski (nazwijmy ich autorami małego ryzyka).

Czekałem jednak na coś co będzie o podróży normalnie szurniętych ludzi, którzy wyjechali dla siebie samych. Nie po to by to opisać – nadając “wyprawie” odpowiednią otoczkę i następnie sprzedać, ale po to by cieszyć się z życia w drodze, ze spotkań z ludźmi, z odwiedzania miejsc, które swoją urodą masakrują wszystko co wcześniej widzieli, bycia ze sobą przez ten czas.

No i to moje cierpliwe czekanie zostało w końcu nagrodzone – nie dalej bowiem jak  9 maja jedni z naszych idoli (w dziale “tu zaglądamy” – można śmiało korzystać nie ma tam gniotów) wydali w formie książki swoje wspomnienia z 888 dniowej podróży przez trzy kontynenty. Już po naszym powrocie za sprawą nieodżałowanego Kuby miałem okazję poznać ich osobiście.

Znajomość Marty i Bartka może skłaniać ku stwierdzeniu, że opinia moja o lekturze ich autorstwa będzie mocno subiektywna – i w sumie bardzo dobrze bo taka właśnie jest 🙂

Książka zaś? Dla porządku: opatrzona została identycznym tytułem jak blog autorów czyli  Byle Dalej – w 888 dni dookoła Świata.

Idąc dalej – ciekawa okładka (taki jeden maczał w tym palce), wnętrze zaś – jak w większości niedawno wypuszczonych na rynek na ładnym albumowym papierze, gdzieniegdzie ciekawe zdjęcia (bez przesady z ich ilością) i kilka setek stron tekstu traktującego o przygodzie życia.

Całość podzielona na kraje z czytelnymi mapkami obrazującymi przebieg trasy podróży. Co ciekawe na mapkach nie zaznaczali obiektów typu Tadź Mahal czy opera w Sydney – tylko np. miejsce gdzie rozpoczęli mecz Ping Pong ewentualnie nastąpił tajemniczy  “brzdęk” 🙂

Przyznam, że miałem sporo obaw zabierając się za czytanie – bo z reguły adaptacja bloga do formy książkowej nie służy tej drugiej, a jak tu później powiedzieć dobrym znajomym, że nie wyszło?

Tymczasem całość zaskakuje już w momencie zagłębienia się w tzw wstępniaku. Pakowanie, przygotowania, góra leków i kabelków (jakbym widział nasz bagaż w maju 2010) automatycznie wywołuje dziwny stan rozumienia co autorzy mieli na myśli i co czuli w “tamtej” chwili. Później jest już tylko lepiej.  Ciekawie zredagowane teksty, masa humoru, ciekawostek i niezłych zdjęć. Wszystko zaś spójne i takie oczywiste.

Wiele miejsc jakie Byledaleje odwiedzili, mieliśmy szansę zobaczyć w czasie naszej podróży – była więc to dla mnie okazja do konfrontacji tego co wciąż mamy przed oczami z tym o czym piszą. Efekt? Niesamowitość Gwalii i Kata Tjuta, nowozelandzki wiatr i deszcz, z którym na podjazdach kłopot miał nawet nasz kamper, chłód bijący od Perito Moreno czy kolory wschodu słońca na Salarze wszystko to oddane w taki sposób, że nie pozostaje mi nic innego jak podziękować za tą pigułę pozwalającą jeszcze raz poczuć jak Tam Jest! Bo że tak właśnie jak to opisują – mogę zaręczyć! Oczywiście są pewne małe rozbieżności ale wynikają pewnie z tego że podróżowali w złą stronę (na wschód) 🙂

Jeśli więc rozglądacie się za fajnie napisaną, ciekawie wydaną i niesamowicie inspirującą książką – na dodatek taką, której Autorzy nie chcą Was oszukać i nadać sobie cechy Chucka Norrisa skrzyżowanego z Terminatorem i Matką Teresą to nie musicie dalej szukać!

Coby się się jednak rzeczeni nie rozpłynęli od tych zachwytów płynących z wielu stron w ich kierunku to ja się pytam – Gdzie jest tekst o paczce w Indiach? No gdzie? Jeszcze parę innych fajnych opisów bym wskazał na blogu – no ale nie można mieć wszystkiego 🙂 Zresztą sami możecie je tam znaleźć.

90083478 byle dalej.indd

Ps.
to przez nich – wróciłem z Singapuru z kaskiem, rękawiczkami i butami motocyklowymi,
to przez nich jeszcze z Malezji zapisałem się na kurs prawa jazdy kat. A
to przez nich kupiłem motocykl…
czytacie na własną odpowiedzialność!

ps2.

I na Allegro nie sprzedam!

ps3.

coś mi mówi że powinna się ukazać jeszcze jedna dobra rzecz w tym roku 🙂

8 Responses to bez ściemy

  1. RadekM says:

    kolesiostwo zaczynasz uprawiać.

  2. TiM says:

    No prooosze, jak ładnie napisał!
    A jak prawdziwie!
    Mimo wszystko pozdrawiamy
    Arcywielcy Podróżnicy

  3. Mariusz says:

    Radek, chyba mało mnie znasz 🙂 A raczej wcale.
    Prawda jest taka, że gdyby było do dupy to bym nic nie pisał…

    Najważniejsze w tej książce jest to, że po przeczytaniu mamy poczucie, że też dalibyśmy radę porwać się na taki wyjazd – czego nie można powiedzieć o Cejrowskim, Michniewiczu czy Tomaliku…

  4. Ula says:

    Śledziłam ich bloga i cieszę się, że książka też się dobrze zapowiada! Postaram się w nią zaopatrzeć przy okazji najbliższej wizyty w PL, albo zostawię sobie na krótkie lipcowe wakacje w domu.

  5. Monika says:

    Chyba wiem o kim mowisz odnosnie tych Rambo-Wielkich-Podroznikow ;>. Ksiazki wlasnie dlatego nie kupilam. Generlnie stawiam na reporterow min. tych o ktorych wspomniales.
    Blog Byledalej obczytalam od deski do deski z zapartym tchem. Wroze im sukces bo maja talent do pisania-ciekawie i bardzo zabawnie-nie raz sie zasmiewalam przy komputerze czytajac ich.
    Pozdrawiam

  6. wojtek says:


    Mariusz:

    Najważniejsze w tej książce jest to, że po przeczytaniu mamy poczucie, że też dalibyśmy radę porwać się na taki wyjazd – czego nie można powiedzieć o Cejrowskim, Michniewiczu czy Tomaliku…

    Ta, Michniewicz – pierwszy backpacker RP ; )

    Ostatnio gdzies zaczepilem oko na fragmencie nowego czasopisma Kontynenty, gdzie kolega Hugo-Bader dal po prostu popis:

    ”A jeśli gdzieś mam być szybko, to biegnę. W rytmie jeden oddech na cztery kroki mogę biec nieskończenie długo, godzinami. Bez zatrzymywania potrafię jeść i pić. Do windy za nic w świecie nie wsiądę, jeśli mam być niżej niż na piątym piętrze. W dół nigdy nie zjeżdżam. I nigdy się nie gubię. Z przyrodzenia mam zamontowaną w głowie nawigację.”

    No bohater po prostu, winda nie jezdzi (ale tylko do piatego pietra, potem jest juz zwyklym smiertelnikiem), what the f*ck is this ?!?! o madonno, chyba nie tkne wiecej tych kontynentow

  7. marta says:

    Dodaję do lektur do przeczytania. Dzięki!

  8. tutrek says:

    Miałem “zaszczyt” przeczytać książkę “126 dni na kanapie” i powiem, że większego badziewia nie miałem okazji kupić. No, może poza książką “Himalaje” Palin’a. Pieniądze podatników przesyłane na radio oraz sponsorów poszły na marne. To był wyścig z czasem i przerzucaniem jak autor tego bloga napisał motocykli z lotniska na lotnisko. Nic a nic nie było związane z podróżą i przygodą. W trakcie podróży nawet sami “podróżnicy” się sprzeczali i wybierali różne drogi dotarcia do celu. Z wyprawy zrobili schemat “wstań, zjedz, zapakuj się na motocykl, przejedź z a do b, znajdź hotel, idź spać”. Powinni ich za to zwolnić z pracy.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *