Kankikuła po polsku

wersacze, rej ben i tag hoja

No właśnie, dotarliśmy do celu.
Podróżując po Świecie zbieramy masę wspomnień i doświadczeń. Siłą rzeczy, w każdym kolejno odwiedzanym miejscu dostrzegamy coś spośród wcześniej widzianych miejsc.

Oczywiście można pisać, jak to zawsze szukamy czegoś nowego i unikamy niesprawiedliwych porównań. Tyle, że my mamy w nosie to czy porównanie jest sprawiedliwe czy też nie, z tym szukaniem czegoś nowego też różnie bywa… Za to przybywszy do Łeby mieliśmy nieodparte wrażenie, że już gdzieś to widzieliśmy – może nie dosłownie to samo ale klimat jakby podobny… Tylko gdzie?

Widząc setki szczęśliwych osób przemierzających główne arterie miasteczka nie można mieć wątpliwości. Jesteśmy w wakacyjnej stolicy naszego kraju.
Roześmiany tłum z wypiekami na twarzy płynie ulicami, co parę metrów kupując kolejną pamiątkę znad polskiego morza.
Te wszystkie rodzajowe obrazki, koszulki “jestem wesołkiem”, przesypujący się za szybką kolorowy piasek, muszelki w każdym możliwym rozmiarze no i oczywisty hit sezonu w wybrzeżu czyli staropolskie lampiony. Oczywiście celem optymalizacji kosztów wszystko to przypływa jednym kontenerem wprost z bratniej prowincji Guangdong.
Oszołomiony własnym szczęściem ludzki potok i tak ma głęboko gdzieś to że na wszystkim jest malutki napis Made in China. Zagryzając swą radość tradycyjnym nadmorskim daniem (kebab na cienkim) suną wzdłuż stoisk ze wszystkim wprost do parków rozrywki “nakażdymrogu”. Czego nie udało się wydać na niepowtarzalne pamiątki z wakacji – można w tempie błyskawicznym wydać na automaty do gry i kolejkę szynową.

Oczywiście docelowy klient to od dziesięcioleci “kolonista” tyle tylko, że ten współczesny wyposażony jest kartę debetową podpiętą pod chwilówkę w prowidencie. Przecież rodzic zapłaci każdą cenę by się pociecha najodowała. Ten cudowny wymysł demoludów jest wciąż największym filarem rodzimego przemysłu turystycznego.
Rodziny z pociechami także wydają się być wniebowzięte, nareszcie mogą spędzić cudowny urlop z dzieckiem obżerając się watą cukrową i strzelając na strzelnicy do butelek. Cóż za wspaniała lekcja życia, pokazanie tego co w naszym ziemskim bycie najważniejsze.

a my durni spłukaliśmy się podczas rocznych wakacji, podczas gdy cel był tak blisko…

Nieco starsi wakacjowicze, ci plasujący się pomiędzy “młodocianym zorganizowanym”, a warszawskim lemingiem na wakacjach (do którego jeszcze wrócę), wciąż polują na łatwą zdobycz w swoich wypasionych golfach z umcy, umcy w bagażniku i neonami pod spodem – swoją drogą myślałem, że moda na takie tjuningi skończyła się na naszej szerokości geograficznej pod koniec ubiegłego stulecia – cóż  uczy się człek całe życie.
Ci na dorobku, bądź nawaleni w sztok (bo inaczej wytłumaczyć tego nie sposób), pląsają na górnej platformie angielskiego autobusu w rytm jakichś beatów wpadających w ucho. Jako, że szopka ta objazdowa przystaje co kawałek by zabrać kolejnych debeściaków na pokład, a przez resztę czasu i tak wlecze się wśród wspomnianych już furaczy jakie przybyły tutaj z województwa śląskiego bądź wprost z Helmutowa, to zapewniają ubaw gawiedzi na dole i stanowią wspaniałe tło dla gościnnych występów doliniarzy z trójmiasta.

Oczywiście cała ta wesoła ferajna jaka napłynęła do Księstwa Łebskiego musi gdzieś przekimać po dniu pełnym wrażeń.
Królują rzecz jasna kwatery prywatne i ośrodki wczasowe typu Fundusz Wczasów Pracowniczych – wśród jednych i drugich widać wyraźny postęp technologiczny w stosunku do naszych wspomnień sprzed lat dwudziestu (Dżizas ale jestem stary).
Poprawiło się również nagłośnienie w lokalnych dyskotekach (wersja współczesna “klab”). Poprawiła się do tego stopnia, że noc pierwszą spędziłem nie dość, że na podłodze (się dostawka złamała poprzedniemu wczasowiczowi i właściciel pensjonatu nie zdążył zanabyć), to jeszcze wsłuchując się w przegląd przebojów typu “Biały Miś”, “Cherry cherry lady” czy “Nasze randez-vous”. Zaśnięcia nie ułatwiało lekkie poddenerwowanie drobną ścinką z rzeczonym właścicielem, co to pamięta jak komuś coś obiecuje (no chyba, żeby zapomniał), w temacie parkingu na terenie posesji.
Dzięki Bogu już o czwartej emerytowana część wczasowiczów udała się do łóżek więc nastała błoga cisza…

Poranek dnia kolejnego, spędziłem na błyskawicznym pakowaniu samochodu, małżonka na unikaniu spotkania ze mną (ona rezerwowała nocleg), a Marta na strzelaniu focha – “bo tata się wyprowadza, a jej się tak fajnie spało przy muzyczce”.
Ku naszemu zdziwieniu na śniadaniu spotkaliśmy masę ludzi i co nas zaskoczyło – niemal wszyscy z małymi dziećmi. Co prawda uśmiech starał się zakryć zmęczoną twarz i udowodnić jak to zajebiście jest być na wakacjach i wspominać nocami muzyczne hity z czasów przedszkolnych próbując uspokoić dzieciaka – nieco mniej euforystycznie nastawionego do muzyki “popularnej”. Zresztą bycie warszawskim lemingiem (bo to oni właśnie), przyzwyczaja do robienia dobrej miny do złej gry. Jak się spłaca kupione “bo wypada” mieszkanie na Wilanowie, jeździ służbowym Fordem lub Oplem z rejestracją WI, WX lub WE, nosi koszulki Hilfigera (menadżerskie stanowisko zobowiązuje) i trzyma całe oszczędności w Bursztyn Złoto to już wszystko można udawać.

I tak się zastanawiam – co my tu do cholery robimy…



aaa przypomniałem sobie miejsce z jakim mi się skojarzyla Łeba – Ciudad del Este – największy chiński targ w Ameryce Południowej…

2 Responses to Kankikuła po polsku

  1. WM says:

    Jeśli ma być Bałtyk, z rowerami, bez tłumów, w ciszy i spokoju to tylko okolice Kopalina – Lubiatowa albo Smołdziński Las. Pozostałe miejsca to faktycznie targowiska.

  2. WM says:

    Zapomniałem. Jeszcze Nowa Karczma (pot. Piaski na Mierzei Wiślanej). Pewnie z Fromborka widzieliście…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *