My służbowo…

Kopenhaga

– Mam nadzieję, że pogoda w Toronto dopisze – wycedził Pan na Okęciu sącząc uśmiech Mona Lisy w moją stronę

– przepraszam, w jakim Toronto? Ja lecę do Nowego Jorku

– nie, nie leci Pan, bilet ma Pan do Toronto – z tym samym wyrazem twarzy dodał człowiek z obsługi lini SAS,

– proszę spojrzeć na wydruk mojego biletu – jak wół stoi że lecę przez Kopenhage do NY i później do Dallas

– ależ Pana bilet został zmieniony

– przez kogo?

– przez naszą linię lotniczą – no i rozbroił mnie – jednym słowem zaczyna się dobrze pomyślałem, liczyliśmy po cichu, że tylko jednemu z nas trzech zginą bagaże po drodze, a tu wychodzi, że  pewnie nie jednemu a wszystkim 🙂

Cóż w Toronto jeszcze nie byłem, ale co za różnica na jakim lotnisku te kilka godzin przesiedzimy…

Na szczęście i na to linie SAS znalazły sposób, samolot do Kopenhagi spózniony o 2,5h. Ten z Dani do Kanady na szczęście też lekko opóźniony – więc jest szansa, że zdążymy na przesiadkę. Niestety prawo Murphego działa zawsze, a nawet jak myślisz, że nie działa to i tak zadziała… Tak więc po godzinnym czekaniu, już w samolocie, na start. miły pan steward wygania wszystkich do “gate’u” enigmatycznie dodając, że zostaniemy poinformowani co dalej.

4 piwa później w bądź co bądź fajnym miejscu jest informacja, że… chyba kontynentu dziś nie zmienimy, po kolejnej pincie znów wraca informacja, że jednak będzie boarding…

Koniec końców oderwaliśmy się od ziemi, “Operacja Argo” dała radę podobnie jak Malbec…

Podstawowa zmiana to noc na koszt SASa w Toronto i lot dnia kolejnego…

Tak po krótce wyglądała końcówka marca. Wyjazd z pracy był sporą niespodzianką, a kilka “zbiegów okoliczności” czytaj Dyspensa od Małżonki, kilka dni urlopu, zaproszenie od kilku znajomych (niestety nie udało się do wszystkich dotrzeć) i Święta Wielkanocne spowodowały, że z kilkudniowej delegacji zrobiła się fajna wycieczka.

Sama myśl o wylocie do miejsca gdzie wieczorami temperatura spada do 18 stopni C pomagała w codziennym odśnieżaniu chodnika przed domem (mowa o końcu marca). Gorączkowo sprawdzane prognozy długoterminowe nastrajają optymistycznie, także w NYC ma być znośnie a i w Szykago pogoda do zwiedzania – Jednym słowem stabilnie na plusie/bez przymrozków.

Wielowariantowy plan w głowie więc lecimy…

pędzimy

 

 

Za to SAS w swoim kąciku serwował swoim wyrozumiałym klientom to co najcenniejsze

nosz k...

w takich warunkach chciałoby się latać – po 9 godzinach wiszenia w powietrzu – coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że czasem chyba lepiej zapłacić więcej

choć raz w życiutu Islandia

Islandiai bagaż, z którym strasznie ciężko dotrwać do końca wędrówki

oby dotrwać

Jakkolwiek prognozy amerykańskie okazały się lekko podkoloryzowane a widok z okna, hmmm….

porywający widok okolic Dallas

to jednak kowbojska gościnność i strawa nadrabiały pewne niedostatki widokowo/pogodowe ( to coś poniżej to ponad funt mięsa, pól funta frytek i ze dwie setki sosu BBQ)

w teksasie jedzenie jest ważne :)

Przy okazji dotarliśmy do miejsca, które w moich oczach jest kwintesencją korpoświata dla korpoludków (znaczy sami swoi).

pieskie życie

no i znów trzeba było się oswoić z typowo amerykańskimi (północno-amerykańskimi) wynalazkami w postaci sraczy niemal po brzegi wypełnionych wodą i przedziwnych kurków do włączania wody pod prysznicem – w niektórych do dziś nie wiem jak się ustawia temperaturę (choć śmiem myśleć, że się jej nie ustawia – po prostu ktoś wiedział “lepiej”)

amerykański wynalazek

a jako, że jeden z nas był za Wielką Wodą pierwszy raz to zabraliśmy go do prawdziwej amerykańskiej fastfoodowej sieciówki gdzie oprócz Root Beer (coś o smaku politury) był akurat serwowany zestaw specjalny. W sumie najgorzej było z tą politurą, bo każdorazowo gdy już zaczynaliśmy cieszyć się z sukcesu osuszenia szklanicy (0,8l) tego paskudztwa, 78letnia kelnerka bezszelestnie zachodziła nas z tyłu i szybkim chlustem uzupełniała je…

 

Menu sezonowe dostałem na pamiątkę, co Wy byście wybrali?

mniam mniam

3 Responses to My służbowo…

  1. Gosia says:

    Na pocieszenie powiem, że lata temu, w Stanach, wprowadziłam się do dzielonego z współlokatorką mieszkania. Po pierwszym prysznicu w nowym mieszkaniu współlokatorka czekała na mnie pod drzwiami łazienki: “Jak udało Ci się uruchomić prysznic?!?” Fakt, nie było łatwo, przez kilka minut kombinowałam i okazało się, że należy pociągnąć w dół krawędź kranu (sic!). Dziwactwo, nigdy wcześniej ani później takiego rozwiązania nie widziałam. Biedaczka nie wpadła na to przez pół roku i przez ten czas niechętnie zażywała kąpieli. Pozdrowienia.

  2. Domi says:

    Hehe przypomniały mi się właśnie prysznice w Stanach! Co motel to inny patent i zastanawianie się jak “to” włączyć :)))

  3. tekem says:

    Toronto a Nowy Jork – co za różnica;-) Podróż widać fajnie się zaczęła;-) A z tymi prysznicami to na początku rzeczywiście ciężka sprawa – ale Polak potrafi;-P

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *