Ucieczka z NY

NYC

Służbowo przemieszczając się po Manhattanie korzystaliśmy z wszechobecnych, żółtych taksówek.

Nasz korpo-przewodnik, zawsze starannie wybierał auto spośród co najmniej kilku jakie z reguły były w zasięgu wzroku. Przyznam, że trochę mnie to drażniło bo miast przejechać się wielkim Fordem Crown Victoria- wciąż pakował nas w jakieś Priusy, Hybrydowe Camry czy SUVy. Przeszło mi przez myśl, że może być jakimś nawiedzonym ekologiem (choć nie wyglądał), jednak nie przyszła mi do głowy inna opcja – a raczej smutna rzeczywistość z jaką przyszło mi się zmierzyć w drodze z Manhattanu na LaGuradie.

Durny ja, mianowicie, wybrałem sobie prawdziwie amerykańską, najstarszą w zasięgu wzroku, ogromną taksówkę. Bełkoczący coś pod nosem Pakistańczyk, nie wzbudzał zaufania, a tym bardziej nie rokował na osobnika, z którym mogę pogadać o pogodzie w drodze na lotnisko. Generalnie jakakolwiek forma dyskusji z nim spełzała na niczym bo bidula angielskiego nie znał chyba wcale.

Trzeci raz powtórzone LA GUARDIA TERMINAL MARINA – skutkował miną szczęśliwego dwulatka, któremu udało się wejść samemu po schodach na drugie piętro. Kierunek w jaki skierował swój rydwan osobnik ten , wydawał się prawidłowy, co zresztą Google Maps w telefonie potwierdzało.

Jako, że droga to może nie jest długa w sensie odległości, za to czasowo dość absorbująca (blisko godzina), więc mogłęm się bliżej zapoznać z cudem amerykańskiej technologii. A cud ów w kondycji był podobnej do stanu finansów miasta Detroit, gdzie wielce prawdopodobne, że powstał.

Wybory naszego kolegi z korporacji stały się jasne. Tamte auta były nowe – ten miał już kila(naście) kółek wokół Ziemi odbębnionych, z czego sądząc po zapachu wewnątrz panującym – z reguły woził tych przed sobotnią kąpielą i bezdomnych w drodze po kuroniówkę.

Co więcej, kierowcy tych nowszych aut – jacyś bardziej ogarnięci się wydawali – znaczy dowozili nas do celu bez pomocy z zewnątrz. Mój zaś pakistański drajwer, wykorzystał-był wszystkie dane mu przez los opcje pomocy. Były dwa telefony do przyjaciół, którzy już zapuścili w Wielkim Japcu korzenie – w końcu byli tu dobre dwa miesiące dłużej od niego (znaczy 7 tygodni) – o dziwo, żaden nie wiedział co to za terminal na La Guardii, opcja 50:50 brana była na każdym skrzyżowaniu, co skutkowało radosnym machaniem do mnie ludzi na przystanku – widząc po raz dwunasty tą samą taksówkę z parą zdezorientowanych podróżnych (wliczam kierowcę). Kolega próbował radzić się eksperta – ale korzystanie z nawigacji w telefonie, o mało nie doprowadziło do czołowego zderzenia z innym, żółtym bolidem.

Aktem ostatniej desperacji było pytanie do publiczności, która to (w mojej osobie) nie wykazała się empatią, tym bardziej, że godzina odlotu zbliżała się coraz szybciej. As kierownicy, zajechał więc do depo czyli po raz trzynasty na wspomniany już przystanek i zaczął wypytywać ludzi o drogę na ten nikczemnie ukryty terminal. Pięć minut dukania po swojemu spowodowały, że tylko jedna osoba zrozumiała o co pyta, na niewiele to się zdało – bo gamoń nie zrozumiał odpowiedzi…

Na szczęście ofiarnie rzucając się pod koła kolejnej taksówki z sobie podobnym osobnikiem dogadali się, że tamten już tam kiedyś był, a i teraz klientkę tam wiezie, więc podążyliśmy za nim.

Bilans podróży, to zasmrodzone ciuchy (z wyjątkiem windstoppera – co do którego nie ma pewności jak bardzo się zaśmierdział bo w tym pośpiechu przed odlotem zostawiłem go w taksówce), zszargane nerwy i lekcja na przyszłość – jak wybieramy taksówkę w NYC…

IMG_0645

wiem co jem

 uff

NYC

 

One Response to Ucieczka z NY

  1. Szymon says:

    Dobra pisanina, jakie lubię.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *