Co zrobić z zaległym urlopem?

UTH_2707

Po powrocie z naszych długich wakacji większość znajomych szczerze się martwiła tym gdzie my teraz pojedziemy, skoro już wszędzie byliśmy?

No cóż, żebyśmy tylko takie problemy mieli… Paradoksalnie na około 80 odwiedzonych miejsc podczas naszych rocznych wczasów około 60 zasługuje w naszej ocenie na bezwarunkowe odwiedziny po raz kolejny, a większość pozostałych także warta by była spojrzenia nań celem weryfikacji wcześniejszego sceptyzmu. Tak więc problem wyboru celu podróży nie dość, że pozostał to jeszcze mamy do czynienia z klęską urodzaju.

Tym razem wybierając miejsce docelowe podchodziliśmy bardzo ostrożnie do tematu. Główną przyczyną były nasze wątpliwej jakości przygody ze służbą zdrowia i walką o zdrowie syna. Niestety nie zawsze wszystko idzie jak z płatka i nie zawsze coś złego spotyka tylko kogoś w telewizorze…

Teraz do tematu podchodzimy z większym dystansem bo wiele wskazuje, że wszystko zakończyło się dobrze, a Antek okazał się na tyle silnym facetem, że kraksa jaką okazał się dla niego dramatycznie źle poprowadzony poród, nie pozostawiła widocznych śladów. No więc nie dość, że chłop stanął na nogach (choć preferuje sprint w pozycji “na czworaka”) to jeszcze ma zadatki na kaskadera. Mając na uwadze oba te fakty skreśliliśmy najlogiczniejsze miejsce gdzie jechać powinniśmy (Meksyk) na rzecz Stanów. Dobra opieka medyczna (pod warunkiem ubezpieczenia, które nam ją gwarantuje), masa miejsc do których wrócić chcieliśmy, dostępność narzędzi do realizacji marzenia (w niezłych cenach) i byle jakie jedzenie – z którym jakoś sobie poradzić musimy.

Skoro już wiadomo, że będą grane Stany, to wiadomym było że i Utah będzie. Bo bez Utah taki wyjazd nie miałby większej wartości. Na szybko przejechane uprzednio parki narodowe pozostawiły niedosyt. Ograniczenia wynikające z osobowego samochodu zabiłyby całą radość bycia w tej części Ameryki Pn.  Wspomnieć muszę, że miałem (w sumie wciąż mam) takie marzenie by motocyklem enduro podróżować po trudno dostępnych miejscach, nawet prawo jazdy zrobiłem i pojazd w tym celu zakupiłem, a chwilę później przyszła refleksja że trochę nas za dużo, coby się na motocykl zmieścić. Służył więc jednoślad jako wygodny środek transportu dom-praca-dom, a myśl w głowie dręczyła coraz bardziej.

Jak zwykle bywa najprostsze rozwiązania są najlepsze, a że dawno temu wymyślono już samochód terenowy to i logiczne było, że prędzej czy później i taką myśl rozważymy. A że kraj docelowy jest bodajże najlepszym pod słońcem miejscem do zaopatrzenia się w pojazd to i łatwiej było przekonać samego siebie do tej myśli. Jedyna wada (a może i nie) tego kraju to brak dostępności modeli z silnikami diesla, co nie jest bez znaczenia przy ściągnięciu takiego wehikułu do Polski, ale w miejscu gdzie benzyna kosztuje poniżej trzech złotych problem ten jest mało “materialny”.

Ilość koniecznych wyborów wzrosła więc dodatkowo o wytypowanie pojazdu jaki pomieści czteroosobową rodzinę, wjedzie tam gdzie najodważniejszy z nas zdecyduje (tu tylko pełnoletni mają prawo głosu), nie zepsuje się (hmm), będzie wygodny, biały i miał alufelgi 🙂

Wybór konkretnych miejsc do odwiedzenia pozostawiliśmy na czas lotu nad Atlantykiem, skupiwszy się tymczasem na wertowaniu craiglisty, autotradera, cars.com, ebaya i tematycznych for internetowych, które dość szybko odpuściliśmy sobie bo pełno tam nawiedzonych błędnych rycerzy gotowych walczyć na gołe miecze w obronie posiadanej marki samochodu.

Przeglądając kilka dobrych blogów podróżniczych w tej tematyce (ubolewamy, że ta forma jest mało obecna w polskiej blogosferze – zatem były to anglojęzyczne strony) zawęził się nam wybór do jednego producenta – Toyoty.

Każdorazowo jak coś wybieram – nie patrząc na cenę – dziwnym trafem zawsze w ręce zostaje rzecz z tych najdroższych… Znacie to? No więc i Toyota okazała się być pojazdem najbardziej cenionym przez sprzedających, co miałem nadzieję, znajdzie uzasadnienie w kondycji pojazdu/jego możliwościach terenowych. Gorzej było z naszym budżetem na ten cel. Lekarstwem na to okazał się rocznik – w miarę korygowania naszych oczekiwań dotyczących rocznika – czytaj cofając się do ubiegłego stulecia coraz lepiej nam się nabytek mieścił w excelu.

Koniec końców z szort listą sprzedawców w notatniku, podpiętym kontem dolarowym do karty debetowej i niemal pustą kartką, na której miały być spisane miejsca jakie chcemy zobaczyć lądujemy na O’Hare w Chicago (z planowania w samolocie wyszło tyle co zawsze – czyli zero). Nic to, jest pięć tygodni przed nami, coś się wymyśli…

Dobrze, że choć (do walizki) spakować się zdążyliśmy.

 

 

Jedną rzecz muszę przyznać – powstała ramowa lista celów wyjazdu – zawiera tylko cztery pozycje:

– kamienie

– ghost

– przyjaciele

– droga

czy na tej podstawie uda się coś uknuć?

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *