To samo ale z innej strony

IMG_3770

Rozpisaliśmy się o pogodzie, drodze i n-tej wizycie w Arches a przecież nie to jest główny powód naszej wizyty.

Po co więc ciągnęliśmy tutaj tego starego landcruisera, przepraszam Lexusa? Ach tak miał być ofrołd, a my super doświadczeni w tej dyscyplinie (pierwszy wyjazd tego typu), czerpać mieliśmy przyjemność z odkrywania nowej formy spędzania czasu.

Żeby więc posiąść nieco wiedzy na temat najciekawszych kierunków, zaopatrzyliśmy się w zestaw map i książek, które po tym świecie niedostępnym dla Dodga z wypożyczalni, nas oprowadzą. Mapy i lokalne przewodniki to jedna z kilku rzeczy jakie zwykliśmy przywozić ze sobą z wyjazdów. Rośnie nam sterta papierów w domu, ale co zrobić jak to silniejsze od nas. A i miło popatrzeć w taką mapę już po powrocie, pochwalić się znajomym, wiem wiem – można by to było zrobić przez jakieś Endomondo wtedy cały świat wirtualnych znajomych dowiedziałby się o naszych wyczynach, ale my (zwłaszcza głowa rodziny) ludźmi starszej daty jesteśmy, a GPS czy mapy w smartfonie, choć pomocne nie dają tyle radości co płachta papieru.

Zaopatrzyliśmy się zatem w kilka periodyków traktujących o dziurawych drogach w okolicy Moab i to na nich bazując wytyczyliśmy sobie marszrutę na najbliższe dni.

Choć doświadczenie z klimatyzacją, która to miała już nie działać, a wciąż chłodziła, dawało nam wyraźny sygnał, że pojazd jest absolutnie niezniszczalny i niepsujący – to pierwszy dzień telepania się po wertepach wyznaczyliśmy bardzo zachowawczo.

W PN Arches nie ma zbyt wiele tego typu atrakcji, a te które są, mają dość niski poziom trudności, odległości także dla początkujących są jak znalazł.

Trzeba przyznać, offroading sprowadzał się do trzęsienia zębami na afrykańskiej tarce (na szczęście nieco ustępowało powyżej 40mph) i przejeździe przez kilka wyschniętych strumyków. Na końcu drogi czekał na nas całkiem ciekawy szlak przez księżycowy krajobraz parku i żadnego łuku na horyzoncie. Technicznie było zdecydowanie trudniej niż dzień wcześniej, ale pociechy wciąż jak zaczarowane – swoją radością dawały do zrozumienia, że w przenośni i dosłownie mają w d. długie autostradowe przeloty.

Na końcu przechadzki (w sumie około 5km) był Tower Arch, a fakt, że dostępny był tylko dla tych, którym się chciało podskakiwać przez kilkanaście kilometrów i później mieli jeszcze ochotę na ponad dwukilometrowy spacer (w jedną stronę).

Marta wczuła się w rolę rangera wytyczającego szlak w terenie, mieliśmy więc masę postojów celem odbudowania “znaczników” trasy.

IMG_0258

FUE_1633

 

Antek robił sobie przerwy na łyk mleka od mamy bądź rzucanie kamieniami. Ukoronowaniem trudu był co prawda tylko jeden łuk, ale za to na wyłączność i co najważniejsze, naprawdę piękny.

FUE_1746

FUE_1708

FUE_1674

FUE_1611

IMG_0285

IMG_0267

FUE_1680

Cudną tą wycieczkę postanowiliśmy sobie upamiętnić ruchomym obrazem zwanym filmem, czyli mówiąc językiem par weselnych chcieliśmy coś skamerować.

Jako główny operator sprzętu rejestrującego występowałem ja, dziewczyny prowadziły samochód (tak, tak, obie), dziedzic dopingował towarzystwo z tylnego fotela.

Ponieważ scenariusz przewidywał dramatyczne ujęcia w czasie jazdy, z boku i znad wozu to wystawiałem swe wątłe ciało to przez okno, to przez szyberdach. Zapewne wyszedłby z tego fantastyczny film, gdyby się moja najukochańsza druga połówka (pomarańczy, jabłka*) nie stwierdziła przed zakrętem, że “nie wyda” i w związku z tą (dość daleko posuniętą) hipotezą postanowiła dość gwałtownie wytracić prędkość, jako że ja zwisający w tym momencie nad przednią szybą prędkość swą wytracałem nieco wolniej to i wektor siły rozpędzonego ciała napotkał na przeszkodę stałą w postaci owiewki szyberdachu. Owiewka przestała być przeszkodą stałą, rozpoczęła natomiast karierę ciała lotnego, a i ja bliski byłem tegoż samego stanu. W razie sprawy rozwodowej mam to wszystko nagrane i nie zawaham się użyć 🙂

Mimo najgorszych obaw okazało się, że nie udało się zepsuć owiewki, ot wyskoczyła z zaczepu i wciąż jest w jednym kawałku. Operator nabawił się paru siniaków, małżonka migotania przedsionków, a Marta czkawki od śmiechu. Dość powiedzieć, że żeńska część zespołu odmówiła dalszego prowadzenia pojazdu mechanicznego (klasy premium) po drogach nieutwadzonych z mężem próbującym zrobić sobie krzywdę.

Nie pozostało nic innego jak zasiąść za kółkiem, bo foch był grany przez najbliższy czas (jakbym to ja był winny, że mnie próbowano zgładzić, przy okazji próbując obniżyć wartość wozu). Miało to i tą dobrą stronę, że mogłem decydować o tym by gdzieś stanąć i zrobić zdjęcie, miałem kierownicę i władzę, fakt gderania i wypominania (ile razy mamy stawać? mało ci tych zdjęć?) pozostał bez zmian, ale przynajmniej nie musiałem się prosić o zatrzymanie. Oczywiście później wszyscy chcą oglądać zdjęcia, ale wtedy gdy one powstają, zero zrozumienia. O jakichś dziwnych fotograficznych “złotych godzinach” czy dwugodzinnym leżeniu za krzakiem i robieniu tysiąca zdjęć tej samej górki nim się chmurki w tle ułożą w odpowiednią kompozycję nie ma mowy. Prawda jest taka z tymi “złotymi godzinami”, że tej porannej nie ma (na wakacjach jesteśmy i nikt nie będzie wstawał), a wieczorna koliduje z kąpielą dzieciaków, o wyrwaniu się na parę godzin nie wspomnę.

Wracając jednak do władzy jaką miałem w czasie drogi powrotnej, nie omieszkałem zatrzymać się po drodze w jednym z upatrzonych wcześniej miejsc. Pstryk, pstryk, zwrot i trucht do samochodu, jasna sprawa, że cały czas utrzymywałem kontakt wzrokowy z wozem klasy premium, co spowodowało zauważenie dość szybko powiększającej się plamy pod samochodem… 

 

* niepotrzebne skreślić

2 Responses to To samo ale z innej strony

  1. Travellerka says:

    Jestem pod wrażeniem zdjęć! Cudowne kadry, chyba nie przestane ich oglądać 🙂

  2. Michal Bialogora says:

    ciesze sie ze ktos w koncu uwaza tak ja ja w sprawie umiejetnosci poslugiwania sie papierowym GPS – em

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *