Potash road i inne słiczbeki w Canyonlands

FUE_1795

Wczasy wczasami, awarie awariami, ale warto byłoby jednak ruszyć się z miejsca, zakomenderowałem, no i poszło nam jak zawsze tzn. błyskiem ciupagi.

– szybkie zakupy w supermarkecie (godzinka),

– jeszcze szybszy podjazd pod obiecaną wcześniej górkę, żeby pozbiegać z Martą (kolejna godzinka i dwukrotny stan przedzawałowy – górka była wysoka <jak na mój wiek>),

FUE_1779

– powrót do motelu celem zakosztowania prysznicu, bo piasek gryzie tu i ówdzie (godzinka),

– to może obiad bo w sumie już późno (dwie godzinki)

– to co jedziemy?

– a może lepiej pranie?

No przecież nie odmówię kochanej osobie, jak chce zrobić pranie to dlaczego nie?

Laundry service to jeden z ważniejszych elementów każdych naszych wakacji. Generalnie przy wyjeździe ponad tygodniowym nie ma najmniejszego sensu brać więcej ubrań niż na ten wspomniany już tydzień. Później można uzupełnić kolekcję ćwierćdolarówek podczas wymiany w Waszyngtonów papierowych na żelazo, pościgać się w koszach na bieliznę no i odświeżyć co nieco garderobę, bo jakoś zdecydowanie lepiej się czuje człowiek jak nie śmierdzi. Wiem, że nie każdy to rozumie, ale pewnie każdy z was ma lub miał w swoim otoczeniu kogoś kto “jedzie”. Później mamy do czynienia z taką niezręczną sytuacją, bo jak komuś powiedzieć, że śmierdzi? Żeby więc oszczędzić społeczeństwu wątpliwej aromaterapii zwykliśmy inwestować co czas jakiś parę dolarów na ten zbożny cel (zwykle dwójkę na pranie i koło 3-4 na suszenie), całość trwa dwie godziny, a my znów odzyskujemy poprzednią świeżość.  Odzież może być znoszona i porozciągana, ale komfort psychiczny jakiś taki inny.

Gdy więc i ten rytuał mamy za sobą to sprawdzamy ofertę okolicznych sklepów z pamiątkami i jakość żarcia w meksykańskiej knajpce w okolicach naszego motelu. Następnie motel, prysznic, usypianie Antka, czytanie Marcie, usypianie Antka część druga, studiowanie przewodnika, usypianie Antka część trzecia, czytani… usypianie Antka część czwarta ostatnia bo  ja zasnąłem, co do Antka nie mam pewności. Nikt mi nie powie, że podróżowanie z dziećmi jest łatwe…

Nowy dzień jest cały nasz, śniadanko, wieża z dżemów, pakowanie, podjazd po wodę (nie ma sensu kupować mineralnej w sklepie -świetną wodę można dostać za darmo w sklepach turystycznych i w visitors center), dwukrotne zgubienie drogi (a pomyśleć, że byłem kiedyś w kole PTTK i się chodziło na azymut po lesie) i nareszcie jest:

Canyonlands od strony Potash road.

Początki są “takie sobie”, ot dziurawa droga, odstojniki gdzie pozyskuje się minerały (które o niebo lepiej wyglądały z Dead Horse Point).

FUE_1803

 

FUE_1783

FUE_1782

IMG_3793

 

ale potem już tylko lepiej, choć niektórzy mieli stracha 🙂

FUE_1837

FUE_1813

FUE_1831

FUE_1884

FUE_1914

FUE_1935

FUE_1976

FUE_1990

FUE_2013

FUE_2016

FUE_2028

FUE_2034

FUE_2043

FUE_1869

IMG_3873

i kilka panoram – które po kliknięciu powinny być nieco lepiej widoczne:

IMG_3801

IMG_3887

IMG_3871

IMG_0339

najgorsze w tym wszystkim jest to, że się nam samochód przykurzył

FUE_1986

One Response to Potash road i inne słiczbeki w Canyonlands

  1. Domi says:

    Błysk ciupagi to też nasza specjalność, ale po wodę musimy się nauczyć jeździć 😉

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *