Upss

IMG_0310

… Serce mi stanęło na chwilę, muszę to przynać. Od razu rzuciłem się pod auto sprawdzić jak bardzo cieknie z miski olejowej…

… a tam się okazało, że prowizoryczny korek spustowy suchuteńki, a bliżej nieokreślony wyciek oleju był gdzieś bardziej z przodu, a i smak cieczy wypływającej jakiś, taki nie silnikowy (choć sam nie wiem na jakiej podstawie to stwierdziłem), jej konsystencja też jakaś taka niezbyt rzadka, więc hamulce powinny działać, a układ chłodniczy chłodzić. Podejrzenie padło na układ wspomagania kierownicy i po odpaleniu auta okazał się to strzał w dziesiątkę. Znaczy kierownica zaczęła pracować z coraz większym oporem. Nim zjechaliśmy na dół mieliśmy już pojazd bez tego wspomagacza, mogłem więc sobie wyobrazić jak to drzewiej bywało jak się miało za zadanie manewrować np. Jelczem bez serwo.

Jeśli ktoś miał okazję jechać autem tej wielkości (2,5 tony), na takich oponach (275mm szerokości) to wie o czym piszę.

Moab jest mekką samochodów terenowych, ale niepodzielnie króluje tutaj Wrangler. Ma to i tą zaletę, że sposób wykorzystywania aut w okolicy, jak i ogólna podatność Jeepa na psucie generuje sporą ilość warsztatów w okolicy. Pozdrowienia dla wszystkich posiadaczy Jeepów 🙂

Wyjeżdżając na północ z miasta zwróciłem uwagę na jeden z punktów organizujących kilkudniowe wyjazdy do Canyonlands, gdzie stały siostry naszego Lexa, czyli FZJ80-ki w ilości 4 sztuk. Uznałem to miejsce za dobry trop i tam też skierowaliśmy nasze koła napinając bicepsy i tricepsy przy każdym manewrze. Godzina była na tyle nikczemna, że nie było już nikogo kompetentnego kto mógłby nam pomóc ale jeden z niedobitków w biurze powiedział, że mają swojego mechanika i że ten właśnie osobnik (Jason) specjalizuje się w starych LC.

Lubię Moab za to, że tu na wszystko jest czas, znaczy czas na jedzenie zaczyna się około szóstej rano (wtedy otwiera się bardzo dużo knajp), czas na pracę nieco później (Jason przyjechał o 10tej). Czas każdej z tych czynności kończy się proporcjonalnie później tzn o północy (większość knajp) i o piętnastej (mechanicy).

Niewyględny warsztat pod gołym niebem, pierdolnik jak na podwórku chłopa małorolnego z rubieży wschodnich i mechanik wożący wszystkie narzędzia w bagażniku swojego dżipa. Na początku ciężko mi było zrozumieć o co chodzi z tymi narzędziami bo w Europie to warsztat jest wyposażony w takie rzeczy, a mechanik tylko przychodzi i każdą rzecz po kolei rozpierdziela – w końcu to nie jego. “Głupi” amerykański naród wymyślił to inaczej i chyba działa bo wszyscy są zadowoleni (łącznie z klientem, któremu nikt byle gównianym kluczem śrub nie rozwali).

Po wjechaniu na podnośnik szybki rzut oka pokazał co się zepsuło. Właściwie to zepsuła się rzecz, której w aucie nie było, poprzedni właściciel miał chyba tendencje do zwiększania zapędów druciarskich wraz z posuwaniem się w wieku pojazdu eS jU Vi, gdy więc przydzwonił w coś przodem i rozwalił chłodniczkę oleju wspomagania, to nie kupił nowego oryginału za ok $400, ani chińskiego zamiennika za $50 (ten o trochę innym kształcie), tylko stworzył finezyjny bajpas z rurki gumowej za dwie kłotery (25c każdy). Rurkę poprowadził sprytnie tak obok belki, że wskutek pracy zawieszenia (ach ta tarka afrykańska) i ogólnego drgania wszystkiego co drgać może, chiński wężyk pożegnał się zgoła nie po angielsku (w końcu to fura japońska) i wyzionęł ducha na amerykańskiej szosie w czasie powożenia przez Polaków.

po lewej zdjęcie poglądowe jak powinno być, po prawej nasz super wężyk.

chlodnica ktorej nie ma

Jason okazał się spoko gościem, świetnie znającym się na robocie. Nie musiał opanowywać wycieku, bo już wszystko zgubiliśmy po drodze, ale odtworzył piękny skrót na drodze płynu wspomagania (ciężko o oryginalną chłodniczkę, a i zamiennik mógł być dopiero za parę dni), tak więc wzorem poprzedniego właściciela zdrutowaliśmy i my. Wszystkich przyszłych nabywców moich samochodów informuję – iż sytuacja była absolutnie wyjątkowa bo swoje samochody naprawiam zawsze najlepiej jak się da, jedyne co to rzadko je myję – ale dzięki temu lakier tak nie płowieje na słońcu 😛

Cała naprawa trwała mniej niż godzinę i kosztowała $70 (teraz nikt nam nie zarzuci, że nasz blog nie ma wartości informacyjnej).

IMG_0313

IMG_0315

Jason, bardzo mnie “rozczarował” tym, że nie był stereotypowym amerykańskim idiotą (po prawdzie więcej idiotów spotykam w Polsce niż tutaj), a normalnym kolesiem o bardzo ciekawych poglądach i spojrzeniu na świat. Wiedzy o swoim kraju i Europie na poziomie jakiego nie powstydziłaby się prawdziwsza część polskiej inteligencji. A już wiedza o Ukrainie (akurat byliśmy w okresie najgorętszych zamieszek na Majdanie więc temat choć obecny w TV to jednak nie na taką skalę jak u nas ) wprost encyklopedyczna.

Ciekawie też podsumował kierunek, w którym zmierza Moab (jeszcze tylko Walmarta niech otworzą i trzeba szukać sobie nowego domu), co również i my zauważyliśmy. Jeszcze trzy lata temu była to prężnie rozwijająca się mieścinka z ogromną ilością rodzinnych biznesów, teraz coraz więcej sieciówek zagarniających rynek. Chyba się budzi we mnie jakiś antyglobalista…

Aha, Jason miał tylko jedną dłoń, druga ręka (prawa) kończyła się tuż nad łokciem…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *