Podróżnicze ewolucje

IMG_0511

Pamiętam nasz roczny wyjazd, a właściwie do niego przygotowania, jakby to było wczoraj. Przeglądanie z wypiekami na twarzy relacje innych podróżujących, studiowanie przewodników, wyszukiwanie gadżetów, analizowanie testów i wyścig zbrojeń. Moskitiery nasączane środkami komaro-bójczymi, super zaawansowane systemy nośne w germańskich plecakach, zmyślne saszetki na dokumenty, wszytko wytrzymujące siatki na plecaki,  dziesiątki megabajtów map ściągniętych na Garmina, apteczka jakiej nie powstydziłby się zespół ratunkowy pogotowia i sam jeden nie wiem co jeszcze – bo większość do dzisiaj stoi gdzieś w kącie, w pudle jakie wysłaliśmy do domu już ze Stanów (po pięciu tygodniach podróżowania).

Plecaki przegrały z walizkami na kółkach, saszetki z potem, moskitiery były wszędzie więc po co było dźwigać, siatki na plecaki i torby zbrojone drutem zgrabnie dopełniły stu funtową przesyłkę jaka popłynęła Polamerem do ojczyzny.

Nie to, zeby wszystko było zbyteczne, bo jednak Garmin czasami świetnie pomagał się zgubić, system nośny nosidełka dla Marty był nieoceniony, a małe moskitiery na głowę uratowały nam wakacje w Australii.

Człowiek uczy się na swoich błędach, podpatruje innych i szuka najlepszego dla siebie wyjścia. Potężny plecak z lustrzanką i obiektywami zastąpił mały bezlusterkowiec, kamerę miniDV małe GoPro, idioten kamerze podziękowaliśmy całkowicie. Większość ładowarek i kabli zostało sprowadzone do jednej ładowarki USB. Co prawda doszła też waliza z takim latającym cudakiem dlatego nie tak łatwo byłoby się spakować spakować na kolejny wyjazd.

Po powrocie do domu, była zajawka motocyklowa, kurs prawa jazdy, Trampek z kuframi, wielkie plany na wyprawy enduro i skrócenie drogi do pracy o 50%.

Tyle, że ród nasz powiększył się o kolejnego osobnika, więc jakiekolwiek plany wokoło motocyklowe zaczynały być problematyczne. W sumie to już wcześniej były bo motocykl to raczej dwuosobowy pojazd – na dodatek ze znikomym bagażnikiem.  A co jak co ale ilość bagaży nam się jakoś drastycznie nie zmniejszyła.

Myśląc o tym czym oprócz motocykla enduro można dojechać w miejsce gdzie nie “chodzą” nawet lokalne autobusy tuż po skojarzeniu z Dacią 1310 w rumuńskich Karpatach pojawił się jakiś bardziej terenowy pojazd. Bo choć wspomnianą Dacią jeździ się po niedostępnych terenach to jednak trzeba ją dość często drutować, a warto byłoby coś zobaczyć zamiast  spędzać czas spinając kolejne elementy trytytkami.

Gdy więc nie udało się zepsuć naszego nabytku podczas pierwszego wyjazdu, utwierdziliśmy się w przekonaniu że to dobry kierunek naszego “rozwoju”. Gdy zaś i drugim razem jedyną awarią był urwany łącznik stabilizatora (co de facto poprawiło właściwości terenowe auta) nie pozostało nic innego jak go wysłać do Europy.

O słuszności wyboru auta przekonał nas test praktyczny, wspomnienia z Boliwii i opinie tysięcy użytkowników raczej chwalących dzieło japońskiej inżynierii niż wieszających psy na nim. W internecie można znaleźć wiele opinii, testów, podsumowań, rankingów gdzie “osiemdziesiątka” się pojawia, jednak najlepszym artykułem jaki udało mi się znaleźć jest ten oto wpis.

Z podlinkowanego testu jasno wynika, że pewne rzeczy na przestrzeni lat zostały udoskonalone a auto generalnie jest naprawdę z innej epoki, zwłaszcza patrząc na: moc, zużycie paliwa (chociaż to dyskusyjna sprawa, bo teraz auta mało palą na papierze – przy dystrybutorze wygląda to nieco inaczej), zwrotność, działanie automatów (skrzynia, klima), jakość, trwałość, zdolności terenowe (akurat trzy ostatnie w jak najbardziej korzystnym znaczeniu tych słów).

Mamy więc auto z silnikiem z wózka widłowego, mającego charakterystykę diesla, o przepastnej kabinie, aerodynamice stodoły i zwrotności Ikarusa.

Jest też całkiem komfortowe, stosunkowo ciche w kabinie – do czasu włączenia radia – które ma zwalony fabryczny wzmacniacz i działa jak dźwiękowy obrotomierz. No i nie wliczając dziurawego wydechu oraz oberwanego łącznika stabilizatora, który tłucze się o element ramy. Hamulce działają jak spowalniacze, w historii serwisowej brak wzmianki o wymianie uszczelki pod głowicą (jest wadliwa w tym modelu), w Ameryce nie było chętnych/odważnych do wymiany oleju w skrzyni biegów (tam dopiero są zabobony), a na postoju słychać jak rdza chrupie nadwozie.

Jako osoba, która uwielbia budować różne rzeczy, ulepszać, usprawniać, przykręcać gadżety i zabawki to i nasz Lexus padnie ofiarą takiego właśnie działania. Każde moje auto miało coś wymieniane, poprawiane, tjuningowane – na mój własny autorski sposób – niewiele mający wspólnego z rasowaniem golfa trójki  – przynajmniej ja tak myślę – ale jak wiadomo, żaden wieśniak nie ma świadomości swojej wsiowatości niech więc tak zostanie, że były hiper bajer zrobione.

Trochę się pojawi na blogu informacji mało podróżniczych w sensie przemieszczania się z miejsca A do miejsca B, a więcej będzie dziennika sfrustrowanego posiadacza FZJ80 (czas zacząć operować fachowymi skrótami oznaczającymi model) z silnikiem 1FZ FE (bo innych nie było) który będzie robił w garażu “pimp my ride”, a właściwie doprowadzał je do stanu nówka sztuka nie śmigana – tylko po to by nim śmigać póki na paliwo starczy.

W tym lepszym świecie popularne jest używanie takich aut do ekspedycji typu overland – czyli wyjazdów w pizdu daleko w wolnym tłumaczeniu. My na ekspedycje i wyprawy nie jeździliśmy, nie jeździmy, i nie planujemy jechać – bo pewnie nawet nie potrafilibyśmy się odpowiednio zachować na takim czymś. Za to jest plan wakacyjnego wyjazdu na południe Europy, zależy nam więc na tym by obyło się to bez większego stresu i żeby się walizka z dronem zmieściła.

Na początek zakupiliśmy parę drobiazgów, które mogą nieco pomóc w tym. Zaczęło się od zawieszenia Old Man Emu, który podniósł prawie całe auto o 2 cale, piszę że prawie – bo przy stałych mostach można auto podnieść i 100 cali a i tak gruchą mostu będzie się tłukło po kamolach.

Doszedł też gustowny hamulec aerodynamiczny na dach – który tak cudownie się prezentował na zdjęciach z Utah – bagażnik – bo o nim mowa to produkt Front Runnera – jeden z lżejszych jakie są na rynku, ma on przed sobą pewne zadanie do wykonania – ale do tego dojdziemy w swoim czasie.

Wymienione zostały też opony na nieco większe BF Goodrich czyli AT-eki 285/75/16. To dało kolejne parę centymetrów wzrostu – tym razem i mosty się dźwignęły bo koła mają 33 cale średnicy zamiast fabrycznych 31 z haczykiem. Póki co do garażu się mieści nawet z założonym bagażnikiem – więc źle nie jest – ale brama też niczego sobie.

Popełniłem też osobiście “przeróbkę” CDL – co dzięki księdze kodów można rozszyfrować następująco: Central Differential Locker – cała ta skomplikowana operacja polegała na zakupie stosownego włącznika i jego wpięcie w kostkę, która czekała na tą chwilę za radioodtwarzaczem.  Tak to bowiem bywa, gdy zmiana tego co dobre i sprawdzone w samochodzie nie ma sensu, a jeśli się z czegoś nie ma zamiaru korzystać to się demontuje tylko włącznik, tak właśnie jest z Land Cruiserami  80 z późniejszych lat produkcji. Udało się więc doposażyć auto w niezależny włącznik blokady centralnego dyferencjału dla szybkich biegów. Ma bowiem auto to fabrycznie tak skonfigurowany układ napędowy, że blokada załącza się automatycznie przy zapięciu reduktora (i wyłącza ABS), w większości przypadków ma to rację bytu ale też życie pokazuje, że często i na szybszych biegach może być konieczność jej zapięcia, niestety działa to w drugą stronę – nie zawsze jadąc na reduktorze – np po krętej drodze, musimy mieć zblokowany dyfer centralny – bo jak blokada każdego takiego mechanizmu – i ta powoduje dalsze powiększenie promienia skrętu – na skutek czego kilka razy musieliśmy łamać się na dwa razy w górach.

Po przeprowadzeniu tej arcytrudnej operacji wzbiłem się na wyżyny swoich umiejętności technicznych dokonując kolejnej przeróbki pod tytułem 7pin modification, ten zabieg polega na wyeliminowaniu tego drugiego problemu. Czytaj włącznik zaczyna działać także jako wyłącznik, można więc do woli sterować dyfrem – znaczy dopóki się coś  po drodze nie zepsuje. To już nie było takie łatwe – czytaj na zdjęciach w internecie albo mechanik miał rączki jak mój syn, albo było jakieś inne auto – bo moje (raczej szczupłe) dłonie za cholerę nie chciały się zmieścić w miejscu operacji. Już parę piw później nabrały kończyny odpowiedniej giętkości i precyzji działania, więc kabelek został brutalnie wyrwany, zaizolowany i wszystko zaczęło działać jak należy.

Zakupiliśmy także całą masę gumek, spinek, uszczelek, łożysk, tłoczków, o-ringów, kabelków, teraz będziemy je powolutku przykręcać tu i ówdzie. Nim to jednak nastąpi wymieniliśmy wszystkie możliwe płyny – także we wspomnianej wcześniej automatycznej skrzyni biegów. Co prawda operacja trwała pół dnia i kosztowała blisko 15 litrów oleju, ale dzięki temu jest pewność, że urządzenie jest przepłukane, nasmarowane i biegi zmienia jeszcze płynniej (choć już wcześniej biła na głowę kulturą działania skrzynie z innych automatach jakimi jeździliśmy).

jeszcze poprzynudzam w temacie auta, tymczasem zapraszam na filmik, w którym uwiecznione są nasze próby używania bezzałogowego statku powietrznego. Proszę wybaczyć słabość ujęć i momentami przynudzanie, ale jak ktoś lubi muzykę Rodrigueza i ścieżkę dźwiękową z Dijango to powinien przetrwać te pięć minut.

I jeszcze kilka zdjęć tego na co poszła kasa (najwięcej na plastikową rurę dziurawiącą błotnik i te lampki na bagażniku)…

 

IMG_0562

 

IMG_0515

 

 

One Response to Podróżnicze ewolucje

  1. mishieck says:

    Bardzo słuszna koncepcja. To auto jest jednym ostatnim ze swojego rodzaju – tylko w polskich warunkach zabezpiecz go dobrze przed korozją.

    Sam poszedłem w podobną stronę – trampek poszedł do ludzi a na wyjazdy rodzinne jest Cherokee. Choć kupię sobie lekkie enduro na wyjazdy w pojedynkę, bo choroba motocyklowa jest nieuleczalna.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *