zdążyć przed murem cz.1

mergedlogo

Moja lepsza połówka mimo wszystkich swoich zalet, ma też jedną słabość. Nieskromnie zauważę, że ta słabość to ja i moje wyjazdy. Sam już nie wiem jakie socjotechniki zastosowałem tym razem – ale się udało i otrzymałem dyspensę na męski wyjazd. Najlepsze to, że wyjazd nie byle jaki bo to i kontynent inny, i rodzaj wyjazdu (czyli rajd off-roadowy) no i na głowie lepszej, wyrozumialszej połówki blisko trzy tygodnie samodzielnego zajmowania się potomstwem.

Do ostatniej chwili skład ekipy się zmieniał, na szczęście rzutem na taśmę złożyło się wszystko do kupy.

Kolejna zawierucha ze zorganizowaniem samochodu, dokumentów, rejestracją, ubezpieczeniami, przygotowaniem auta, opracowaniem trasy na kanwie wytycznych organizatora, pakowanie, zamawianie niezbędnych drobiazgów, sprawdzanie pogody, a jeden (jedyny) wierzący z ekipy to się nawet częściej modlić zaczął (żeby wątroba wytrzymała).

Oczywiście nie obyło się bez dziwnych komunikatów ze strony przewoźnika lotniczego (United), jakoby jeden z naszych biletów został anulowany (najgorzej, że ten pierwszy tj. z Polski do Niemiec), później pojawiał się w systemie jak gdyby nigdy nic i tak w kółko.

Przewoźnik na koniec słowa dotrzymał, bo choć przewiózł nas na drugą stronę Atlantyku to nam ostatni lot odwołał, więc po nastgodzinnej podróży za ocean, czekała nas jeszcze podróż wynajętym samochodem do docelowej miejscowości. Ulewny deszcz z powodu którego odwołano lot, nie mógł nam przecież przeszkodzić. Kalifornia w styczniu tego roku przyjęła sporą dawkę wilgoci o czym się przekonaliśmy. Ponoć jeszcze siedem takich dżdżystych lat i ekosystem wróci do stanu sprzed (tych) susz jakie nękają tą część świata.

Plan był taki by wziąć (wziąść dla wyborców PIS) udział w rajdzie organizowanym przez bratanków z Węgierskiej Republiki, twórców charytatywnego rajdu Budapest-Bamako. Ogólne założenia mówią o 10 dniach jazdy, około 4000km jazdy z czego większość po drogach nie znających pojęcia asfalt.

to co nam pokazał GPS “po” to 4757km, 126h i 30 minut w ruch, w tym czasie spaliśmy około 225 galonów bezołowiowej skończyliśmy klocki hamulcowe, dwa razy urwaliśmy wydech, kilka razy prostowaliśmy progi, złapaliśmy jednego kolca z kaktusa (w oponie, tych w nogach i rękach nawet nie liczymy), co czwarty z nas złapał anginę ropną, zjedliśmy jakieś 20kg tacosów i buritos, wypiliśmy dużo płynów znad Pacyfiku i ogólnie miło spędziliśmy czas.

Pierwotne założenia mówiły też o spaniu pod namiotem i nie myciu się przez te 10 dni, ale poddaliśmy się już drugiej nocy lądując w hotelu. Tak już jest – po czterdziestce traci człowiek zapędy backpackerskie – albo po prostu bardziej szanuje współtowarzyszy podróży. Poniżej zrzut śladu GPS z właściwej części rajdu czyli trasy Baja4000.

Baja4000 map

baja4000_trailer from Mariusz Jajesniak on Vimeo.

 

stay tuned jak mawiają za oceanem…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *