Category Archives: Argentyna

Ruta de los Siete Lagos & Ruta 40

komentarz zbyteczny:

(prawie) wszystko w jednym

Pominiemy w tym wpisie kwestie podróżowania z Aerolineas Argentinas – bo chyba lepiej iść na piechotę, za to przejdziemy do najważniejszego:

Jak opisać to miasto?
trzeba wziąć spore krystalicznie czyste jezioro i wrzucić pomiędzy wysokie ośnieżone góry. Następnie bierzemy jakąś górską włoską miejscowość z jej architekturą i chaosem i wrzucamy na brzegi tego jeziora. Kolejny krok to zbieramy wszystkie małe manufaktury czekolady z Szwajcarii i upychamy je pomiędzy górskimi domkami.
Łączymy miejscowość z resztą kraju za pomocą jednej z najbardziej ciekawych widokowo dróg na świecie czyli Ruta 40.
To wszystko przyprawiamy argentyńskim asado podlanym winem. I mamy to:

Puerto Madero

Kończąc naszą przygodę z Buenos nie sposób pominąć miejsc takich jak Puerto Madero z jego pięknym Mostem Kobiet. Dziesiątkami luksusowych knajpek na nadbrzeżu, ciekawą architekturą ładnie łączącą stare post-portowe zabudowania z ich nową biurowo/mieszkalną funkcją. Do tego tu i ówdzie jakieś żółte żelastwo sterczące z ziemi. W sumie był plan aby przyjechać tutaj zjeść słynną “Sandwich de bondiola”  niestety nikt ich jeszcze nie serwował na ulicy – pewnie wczesna wiosna to nie sezon na takie frykasy 🙁 Gnani niepohamowaną chęcią skonsumowania tejże kanapki udaliśmy się dnia kolejnego do jednej z najmniej popularnych dzielnic Bs As  czyli Mataderos. Nie dość, że położona bardzo daleko (blisko godzina jazdy autobusem) to jeszcze kompletnie nie turystyczna. Poza ewidentnymi plusami (brak gringos, ceny dla lokalesów) były też pewne minusy – np. brak oznakowania przystanków autobusowych (z rozkładem jeszcze się nigdzie w Ameryce Południowej nie spotkaliśmy więc nie było to problemem) tak że trochę czasu trwało nim trafiliśmy z powrotem do domu.
No ale już nie przynudzamy:

Cataractas

Próbowaliśmy sobie wyobrazić to wcześniej: jakaś dzika dżungla, jakieś motylki latające wokół, jakieś rzeczki toczące swe wody przez ten sielski krajobraz, a na końcu miało być wielkie WOW i wodospady, które przyćmiewają wszystkie inne tego typu atrakcje na świecie.
No i się zdziwiliśmy, bo motyli jak na lekarstwo 🙂 dżungla jakaś taka cicha (nie to co w Palenque), co do reszty to i owszem rzeczki sobie płyną przez tą wspaniałą krainę i jako że teren trochę pofałdowany, a woda pod górę ma ciężko to i spada czasami w dół… i tak około 270 razy bo tyle pojedynczych wodospadów składa się na ten cud natury.
Zgodnie z wytycznymi zaczęliśmy od strony brazylijskiej – jako tej budującej napięcie 🙂 No i je zbudowaliśmy bo wodospady niczego sobie. Nie bylibyśmy sobą gdyby wszystko odbyło się bez przeszkód. Najpierw autobus. Wiadomo. Polak nie frajer nie będzie płacił za coś prawie trzy razy tyle co osobnik “lokalny” no więc pojechaliśmy jak “lokalesi” z przesiadką w bliżej nie określonym miejscu. Już stojąc w miejscu z grubsza przypominającym przystanek musieliśmy się odganiać namolne zaloty pewnego taksówkarza czującego łatwy łup w postaci dwóch i pół gringo. Jako, że rzecz miejsce miała w niedziele, kiedy to transport jest nieco rzadszy, to upatrywaliśmy na horyzoncie naszego autobusu (taksówkarz zapewniał, że nie przyjedzie). Kiedy już jego sylwetka zamajaczyła w oddali, zgodnie z prawem Murphego rozległ się przemiły głosik naszej pociechy wyrażającej swoją potrzebę zasiądnięcia  na swoim wspaniałym tronie. Seria pytań pomocniczych, która z reguły wystarczała do “odroczenia” potrzeby o jakieś pół godziny niestety nie podziałała w tej sytuacji. Wiadomo, że dziecka się w takich sytuacjach nie stresuje więc podziękowaliśmy kierowcy i czekaliśmy na kolejny (no i ledwie zdążyliśmy – bo posiedzenie było wyjątkowo długie).

Jak już sobie wodospady zobaczyliśmy – nie będziemy opisywać co widzieliśmy bo tego się nie da opisać, to rozpoczęliśmy drogę powrotną. No i się zaczęły przygody. Bo po pierwsze dziwnym zbiegiem okoliczności zawędrowaliśmy na przejście graniczne – które okazało się tylko przejściem drogowym. Niby była możliwość „wbicia” się w któryś z oczekujących autobusów (oczywiście po odstaniu „swojego” w kolejce – nie małej bo autobusów było około 6 po około 40 osób w każdym). Do tego jeden stemplujący po stronie brazylijskiej – więc zapowiadało się stania co najmniej godzina. Na szczęście Polak potrafi – więc wskoczyliśmy do jakiejś przejeżdżającej taksówki (argentyńskiej) i tym samym ominęliśmy całą kolejkę.
O stronie Argentyńskiej widzianej dnia kolejnego nie będziemy tym bardziej pisać bo ona po prostu

M A S A K R U J E. Mimo iż pogoda była mocno średnia to i tak wrażenie piorunujące!

falcon, ford falcon

Podróżując po świecie ludzie zwracają uwagę na przeróżne rzeczy. Jeden na smak kawy, kolejny na ulicznych grajków, jeszcze inny na urodę mieszkańców danego kraju – czy cenę piwa w hostelowej lodówce 🙂 Ja znów nie mogę przejść obojętnie obok takiego przyrządu, który w teorii służyć miał do przemieszczania się z punktu A do punktu B. W kolebce tej “prawdziwej” motoryzacji można było się napatrzeć i nasłuchać przeróżnych wynalazków sprzed kilku dekad. W sumie lądując w Ameryce Południowej nie obiecywałem sobie zbyt wiele (no może poza Colonią, która to uchodzi za Havannę południa), ale mimo wszystko chyba nie jest tak źle 🙂

Argentyna potęgą motoryzacyjną zdecydowanie nie jest. To fakt niezaprzeczalny, na ulicach króluje samochodowy chłam francusko i włosko pochodny, który na potrzeby tutejszego rynku jest jeszcze dodatkowo “wykastrowany” z wszelkich elementów mogących podnieść ich cenę. Bo ta, jak mniemamy na podstawie cen motocykli – również jest z kosmosu. Na szczęście ulice Buenos i innych miast nie są, aż tak nudne i nijakie dla kogoś kto lubi pojazdy z duszą.

Dużo starych fiacików 500 i 1500, volkswagenów 412, peugeotów 504 itd. Pośród nich zdarzają się też takie perełki jak IKE/Renault Torino czy Ford Falcon.

Ten ostatni występuje w ilościach wręcz hurtowych i to w każdym możliwym stanie skupienia 🙂 Od uwalnianego w sposób ciągły nawozu bogatego w żelazo i oleje mineralne po starannie wypielęgnowane cacuszka – dzielnie walczące z dziurawymi drogami Bs As – skrzypiąc przy tym dostojnie i wydając z siebie całkiem przyjemny charczący dźwięk. Są pickupy,  sedany i kombi – a wszystkie z nieśmiertelnym przetłoczeniem na boku auta.

a ja zamiast pisać o zadkach Brazylijek czy Argentynek….. echhhh chyba się starzeję 😀

Jest taka rzecz

która zawsze będzie nam się kojarzyła z Argentyną. Nie trudno się domyśleć, że chodzi o mate. Jakieś x lat temu mnisi przebywający tu na misji odkryli energetyzującą moc tego napitku…..
Trochę czasu trwało nim się napój ten rozpowszechnił. Ale jak już się to stało, to mate pije się wszędzie. Żeby nie być outsiderem w tym kraju i my udaliśmy się na nauki do pewnej pani (nasza nauczycielka hiszpańskiego – polecamy).
W skrócie napiszemy, że parę litrów tej mocnej herbaty z petami (tak smakuje jak się ją pierwszy raz próbuje) wypiliśmy 🙂 I co gorsza ją polubiliśmy. Po powrocie do Polski będziemy prawie jak Cejrowski – siorbiąc ją przy każdej okazji.

Boskie Buenos

Nie wiem z czego to wynika, ale im więcej ma się czasu (teoretycznie) tym mniej rzeczy jest w stanie człowiek zrobić. Dopóty były to raptem godzina czy dwie dziennie bez problemu udawało się nam być (mniej więcej) na bieżąco – teraz jak już się zatrzymaliśmy na dłużej w jednym miejscu, zaczęły nam narastać zaległości 🙂
Z tego wniosek, że najwyższy czas ruszać dalej – no ale to już za parę dni.
Wróćmy jednak do Buenos i ogólnie Argentyny. Trochę byliśmy zaskoczeni tym jak jest tutaj “poukładane”. Pierwsza moja refleksja to łatwiej tu być sytym i pijanym jeżdżącym taksówkami niż oczytanym i zmotoryzowanym 🙂

Proporcje cenowe pomiędzy niektórymi rzeczami są zupełnie inne niż np. w Polsce czy w US. Książka kosztująca u nas np. 100pln w stanach jest do dostania za 29 dolarów, a w Buenos Aires 240 peso (200pln). Proporcje cen wina na szczęście są odwrotne. Podobnie jak i ceny mięsiwa 🙂

Jako, że nieopodal naszego lokum jest pewne miejsce gdzie się handluje rzeczami jakie mogą ewentualnie posłużyć do realizacji wpzs.pl vol.2 to sprawdziłem ich ceny – a te niestety masakrują. Różnica jest kolosalna, dość powiedzieć, że to coś kosztuje blisko 80% więcej niż w Polsce (a mowa o kwotach ponad 20k pln).

Z drugiej strony np. ceny mieszkań zdecydowanie poniżej np. stawek warszawskich 🙂  Tak więc jest inaczej, czy lepiej czy gorzej trudno ocenić gdy spędziło się tutaj zaledwie miesiąc.

>poniższy tekst jest mocno stronniczy i przedstawia punkt widzenia tylko jednej osoby – dodaje to sprostowanie na prośbę małżonki<
Z jednej strony polubiliśmy je za własny kąt, za to że wszędzie mamy blisko, że ludzie uśmiechnięci, że wino tanie, że się wciągnęliśmy w yerba mate 😀
Z drugiej zaś – ja jestem nieco nim rozczarowany. Mówi się, że to taka mała Europa w Ameryce Południowej i w sumie jest w tym dużo prawdy. Moje pierwsze skojarzenia to Budapeszt. Do Paryża, Wiednia czy Rzymu to mu niestety daleko. W miarę wchodzenia w niego coraz głębiej tylko utwierdzałem się w tym przekonaniu. Żeby nie było niejasności to stolice Węgier bardzo lubię i dość dobrze znam – bo mieszkałem tam przez ponad pół roku.Ale… no właśnie ale, jak dla mnie czegoś tutaj brakuje, pewnie to coś gdzieś tu jest – tyle, że nie udało mi się tego znaleźć.
Jakoś zdecydowanie lepiej się czuję w miejscach gdzie jest więcej otwartej przestrzeni, lub zamkniętej ale w nieco bardziej egzotyczny sposób 🙂
>koniec stronniczych opinii<

Zaskakuje ilość psów na ulicach, począwszy od tych słodziutkich wychuchanych psinek na rękach swoich pań, poprzez te wyprowadzane przez zawodowców (nierzadko i 10 psów równocześnie) po masę bezdomnych szwędających się po ulicach. Mimo tak ogromnej ich ilości nigdy nie spotkaliśmy się z choć jednym, który byłby agresywny. Nie mówiąc już o tym, że ani razu nie widzieliśmy aby ktoś takiego bezpańskiego psa przeganiał np z restauracji.
Jest on bowiem – w przeciwieństwie do sytuacji z meksykańskiego San Juan Chamula – dobrem wspólnym, przez wszystkich tolerowanym i co więcej szanowanym. Szacunek ten okazuje się na przeróżne sposoby i myli się ten kto myśli, że to kość czy kawałek kiełbasy jest wypełnieniem “misji”. Owszem na zabiedzone to te stworzenia nie wyglądają – więc dietę raczej mają dobrą, często jednak wcale się nie interesują kawałkiem asado rzuconym im pod nogi, tylko patrzą tymi swoimi ufnymi ślepiami i robią “koła w górę” czekając na odrobinę pieszczot ze strony “nowego pana”.
Cała ta symbioza ma tylko jedną wadę – ogromną ilość min przeciwpiechotnych na chodnikach 🙂

żeby nie było – wersja hardcore

Najpierw jest bodziec:

la boca

Kontynuując nasz przegląd dzielnic BsAs nie sposób pominąć La Boca. Niegdyś portowa, obecnie niby wciąż nad wodą leżąca, jednak tak turystyczna, że aż się niedobrze robi.

Pewnie każdy widział zdjęcia z dziesiątkami kolorowych domków skleconych naprędce (tak przynajmniej wyglądają) z arkuszy blachy falistej. Do tego pomalowanych wedle uznania ich właścicieli na takie kolory jakie akurat były w promocji w miejscowym sklepie z farbami. Tak więc jeśli ktoś was zawiezie w takie dziwne miejsce gdzie jest pincet osób na metr kwadratowy, dookoła pstrokacizna a na kurczaka mówią porzo – to jesteście właśnie tu.

Na szczęście jest tam masę miejsc gdzie normalni turyści się nie zapuszczają – z tych powodów z jakich my nie wyciągaliśmy tam aparatu. Sami Portenos mówią wprost, że to “ciężka” dzielnica i lepiej sobie darować zwiedzanie jeśli nie jest się z kimś z tamtąd. My spacer przeżyliśmy i wróciliśmy w komplecie 🙂 Dzięki tej wizycie wiemy już jak można wykorzystać beczkę po oleju silnikowym (a najlepiej dwie) konstruując z nich sporych rozmiarów grilla do przyrządzania asado (myślę, że wrócimy do tematu – bo choć temat trudny do przetrawienia to jednak warty opisania).

Miejsce to znane jest też dzięki klubowi takich kolesi co latają z wywieszonym jęzorem (ups. pomyliłem z reprezentacją Polski) za taką szmacianą piłką. Swego czasu biegał z nimi pewien straszny kobieciarz specjalizujący się także w piłce ręcznej. Obecnie mieszka gdzieś w okazałej willi pod Bs As i oddaje się swoim wyczerpującym zajęciom – nicnierobienie idzie mu chyba lepiej niż nam – bo z tego co nam wiadomo zdecydowanie szybciej mu z konta ubywa 🙂

Tak czy inaczej La Boca warta jest odwiedzenia, można na ten przykład zobaczyć ilu turystów może pomieścić jedno skrzyżowanie, kupić pięćset wersji plakatu z tańczącą parą tudzież z boskim Diego.

Oczywiście urok blaszanych kolorowych domków jest niezaprzeczalny, ale już plastikowe lalki i ich partnerzy odstawiający popisy tanga jakoś średnio nas zafascynowały. Ja osobiście również jestem świetnym tancerzem (nie chwaląc się) i do tego muzyka zupełnie mi w tańcu nie przeszkadza, ale nie widzę powodu by publicznie nadwyrężać swój kręgosłup robiąc różne “wygibasy”.

San Telmo

Niedługo po tym jak niemal nie udusiliśmy się od smogu w okolicach lotniska w Rio de Janeiro, wylądowaliśmy w Buenos Aires. Pierwszy szok – pogoda. Szaro buro i deszcz siąpiący z nieba. Do tego jakieś dziwnie małe lotnisko gdzie po wejściu do sali przylotów niemal wpada się na swoją walizkę 🙂 Przy kolosie z Dallas czy SF miłe to zaskoczenie że nie trzeba robić kilometrowego spaceru aby dojść we właściwe miejsce (plus jazda kolejką).

Kolejnym zaskoczeniem były taksówki do miasta – tańsze o ponad połowę niż te w Rio 🙂
Były więc plusy, które starały się nam przysłonić wszystkie minusy 🙂 Niestety dwa dni później pogoda się poprawiła i już nie było na co narzekać.
Na dodatek dzięki spożywczakowi na rogu serwującemu potrawy kuchni argentyńskiej w niewygórowanej cenie 10 pesos (8zl) za niecały litr i ten dżdżysty czas udało nam się przeżyć.
Jako że zatrzymaliśmy się w mało klimatycznej części Constitucion – nie bardzo było co robić w okolicy, skierowaliśmy więc swoje kroki do San Telmo – jako najbliżej położonej “atrakcji”.

Dzielnica uchodzi za mekkę osób uwielbiających starocie (co niedziela odbywa się tam wielki targ z rzemiosłem i starociami). Słowo wielki jest być może na wyrost – ale spróbujcie się przepchnąć: