Category Archives: Chile

Buja – wersja Marty

dzień pierwszy:
ho ho ale wielki statek. Jest specjalne miejsce do biegania oraz sala koncertowa gdzie mogę pośpiewać – no i kapitalne łóżka piętrowe na które można się wspinać. A najfajniejsze jest jak już na samej górze nie mogę iść dalej więc się puszczam i tata mnie zawsze złapie.
No i ruszyliśmy, ale fajnie, płyniemy – tylko mało buja więc trochę lipa z tym morzem.

płyniemy

no prawie:) na razie kupujemy bilety 🙂 W tym to właśnie celu udaliśmy się do biura naszego przewoźnika. Ponieważ nie mamy żadnych skrupułów to wzięliśmy ze sobą naszą tajną broń (chwilowo w randze księżniczki).
Pani obsługująca nie była w stanie oprzeć się urokowi Marty – co skutkowało otrzymaniem na dziecko kolosalnej zniżki (80%) – która to nie jest dostępna przy bookowaniu przez internet oraz już na odchodne informacji, że dostaliśmy zupełnie inną kajutę niż zapłaciliśmy, czyli takie „medium class” w miejsce naszej „turystycznej”.
Różnica w cenie jest spora – więc nie kłóciliśmy się, że wolimy to za co zapłaciliśmy.
Dzień kolejny poświęciliśmy na ostatnie zakupy (whisky i ciepłe skarpety) oraz szeroko pojęte nic nie robienie.
Gdy już dobiegło ono końca spróbowaliśmy wsiąść w taksówkę by dojechać do portu. No cóż niby prosta czynność ale jednak nie do końca:) Taksówki stały na postoju, więc wsiedliśmy do jednej i mówimy że do portu. Pan do nas (swoim bełkotliwym hiszpańskim – Chilijczycy mówią bardzo niewyraźnie), że on w tamtą stronę nie jedzie (w sumie stał na postoju w stronę przeciwną – ale myśląc po polsku  – żaden to problem nawrócić), kiedy już się zdecydował że jednak pojedzie – to stwierdził, że musi poczekać bo nie ma kompletu. No cóż po chwili nie miał już nawet połowy składu – bo nie bardzo nam się uśmiechało czekać na kolejnych chętnych.
Polak sprytny jest, więc chyżo skoczyliśmy na drugą stronę łapać transport do portu. No i…. zatrzymała się taksówka, która z daleka wyglądała na pełną 🙂 Tutaj my byliśmy „brakującym elementem”. Wcisnęliśmy nasze szczupłe ciała do środka i wolnym posuwistym ruchem posunęliśmy w „naszym” kierunku. Tutaj pod terminalem autobusowym okazało się, że dalej nie jedzie…. Nic to, zapłaciliśmy – na szczęście jakąś śmieszną kwotę, i rozpoczęliśmy poszukiwania kolejnej. Tutaj również pierwsza „zapytana” odpowiedziała, że ona ma nie po drodze z nami, kolejna zaś chciała nas wziąć ale na trzeciego i czwartego – tyle, że kurs pierwszych dwóch osób był w kompletnie innym kierunku. Jedyne co pozostało to pójść w do portu o własnych siłach.
Jak już się zaokrętowaliśmy (dobrze, że z pełnymi brzuchami – bo od 14 do 19 nie było żadnych posiłków na statku) to przemiły pan kapitan, zawezwał moją skromną osobę i zapytał czy „księżniczka” podróżuje pod naszą opieką i słysząc że tak, bez wahania wręczył nam klucz do kajuty „byznes klass” z własną wygódką wewnątrz i innymi bajerami (np. działającą wentylacją). W dalszym ciągu ma trzy na dwa kroki – ale przynajmniej do ubikacji blisko 🙂
A na statku jak na statku….

z poważaniem Wasze
Wilki Morskie

Portowe życie

O rany jakie paskudne to miasto (to tak na pierwszy rzut oka), na drugi hmmm w sumie niewiele się zmienia…
Ale jak się po raz n-ty przechodzi obok tych leciwych rybackich domków – wyglądających jak sklecone naprędce byle jak i z byle czego. Można stwierdzić, że coś w sobie mają niektóre z nich.
Na dodatek już pierwszego dnia znaleźliśmy takie swoje miejsce z jedzeniem – co prawda mamy tam kawałek bo do portu, ale absolutnie pierwsza klasa – na szczęście nie cenowo i nie z wyglądu – to raczej taka knajpa dla lokalesów. Ostatnio tak dobrą rybę jedliśmy na Alasce. A to jest naprawdę dobra rekomendacja.
To co zaskakuje to ogromna ilość salonów gier (wszystko przed nimi 🙂 ) gdzie króluje jednoręki bandyta i naprawdę niskie ceny – co nijak nam nie pasuje do obrazu Chile jaki sobie zbudowaliśmy na podstawie opinii innych. Pewnie wynika to z faktu, że jest mocno przed sezonem, miejsce to trudno nazwać turystycznym, a ewentualne wycieczki kosztują 50% ceny nominalnej (wulkany/Chiloe).
Nasz pobyt tutaj zbiegł się w czasie z akcją wydobywania górników z San Jose na powierzchnię. Musimy przyznać, że takiej solidarności z innymi nie wiedzieliśmy jeszcze. W każdym sklepie, na każdym straganie, wszyscy przysłuchiwali się relacji z akcji ratunkowej. Każdy spotkany człowiek zaczynał od stwierdzenia: „Już dziesięciu, już jedenastu, idzie lepiej niż myśleliśmy….” i na koniec ta radość z powodzenia całości.
Miło też było usłyszeć od taksówkarza że Juan Pablo to był swój gość. I że był u nich, o tu właśnie w tym miejscu i że teraz tu stoi krzyż i generalnie to fajnie, że ludzie z tak egzotycznego kraju przyjeżdżają do Chile.