Category Archives: Kanada

Prawie Wild West

Jadąc na spotkanie przedstawiciela imperialistycznego mocarstwa (czyt. amerykańskiego pogranicznika) mijaliśmy po drodze całkiem spore młyńskie koło, które już dawno zmieniło przeznaczenie będąc teraz magnesem. No a magnes jak to magnes od razu przyciągnął osobnika wyczulonego na takie atrakcje – czyli DT.
Po zajechaniu na miejsce okazało się, że mamy do czynienia z czymś na kształt skansenu demonstrującego wygląd pionierskiego miasteczka.
Jeszcze w Polsce nie przepadałem za atrakcjami tego typu, jakoś nigdy klimaty starych łowickich czy góralskich chałup mnie nie interesowały, tutaj jednak było inaczej. Pewnie wynika to z młodzieńczego zamiłowania do prozy Karola Maya czy filmów typu „3.10 do Jumy”. Tak czy inaczej niesamowite jest znaleźć się w takim miejscu gdzie wszystko jest odtworzone z ogromną pieczołowitością, co więcej część ekspozycji była żywa – np. warsztaty kowala i hydraulików, szkoła, piekarnia itd. Cóż, miała być atrakcja dla Marty a okazało się, że to atrakcja dla mnie – choć wszyscy się dobrze bawiliśmy wałęsając się po miasteczku pionierów.
Zabrakło mi w tym miejscu dwóch przybytków: prawdziwego biura szeryfa z kilkoma celami (co prawda była tego namiastka w Goverment Office) oraz klimatycznego saloonu z „pięterkiem”. Cóż pewnie takie rzeczy to tylko w filmach….

Brat biźniak

Posiadanie bliźniaka na pewno niesie za sobą wiele korzyści (można na ten przykład zagarać wspólnie w „O dwóch takich co ukradli księżyc” albo być innym bratem Mroczkem czy jak mu tam). Szczęście jego posiadania nie ominęło także parku narodowego Jasper, od południa bowiem graniczy on z p.n.Banff.

Podział pewnie bardziej historyczny (Banff jest bodajże najstarszym kanadyjskim przybytkiem tego typu) niż geograficzny bo oba oferują bardzo podobne krajobrazy i przyrodę. Na dodatek łączy je Icefileds Parkway „najbardziej widokowa trasa na świecie” jak określają ją w przewodniku. Przyznać musimy, że tych „najbardziej na świecie” to już przejechaliśmy kilka i nam mocno spowszedniały. Cała trasa to ponad dwieście kilometrów – co niewątpliwie powoduje, iż jest ona jedną z nadłuższych tego typu atrakcji. Podróż normalnym tempem i zatrzymywanie się w co ciekawszych miejscach zajmuje około 6-8 godzin. My zmieściliśmy się w tym krótszym czasie ale tylko dlatego, że się „trochę” zepsuła pogoda.

Jest ponoć takie porzekadło (dotyczące obu parków): „Jeśli nie podoba Ci się pogoda jaką zastałeś poczekaj kwadrans”. Tak więc burza jak gwałtownie przyszła tak gwałtownie się skończyła, przy okazji zostawiając po sobie basen w miejscu parkingu w naszym hotelu:)

Oczywiście sama trasa to tylko jedna z atrakcji parku, pewnie dla części najważniejszym miejscem jest hotel Banff Spring Hotel lub Chateau Lake Louise, ten drugi moloch stoi nad jeziorem o podobnej nazwie.. Ponieważ średnio nas interesowała „czysta” noc w tym hotelu i to w pokoju bez widoku – bo też w tym z view za przysłowiowy milion dolarów kosztowała „czysta” ale na twarz (oczywiście bez śniadania – bo im lepszy hotel tym mniejsza szansa na śniadanie po tej stronie oceanu).

Niesamowite wrażenie robi turkusowy kolor wody w rzekach i zbiornikach wodnych*
Nie udało się nam znaleźć w internecie czym oni ją farbują – ale jak tylko się to uda to wrzucę info 😀

Nasza Alaska

Pisaliśmy już w podsumowaniu Alaski, że mimo iż pięknym jest miejscem to nie do końca pokryła się z naszymi oczekiwaniami =>zbudowanymi na podstawie opinii ludzi, którzy tam byli.

Nie będziemy wnikać w to czy mieli oni więcej szczęścia od nas, czy też po prostu kupę kasy i czasu żeby zdążyć ją wydać w trakcie czekania na ładny widok 🙂 A że zaciągnęliśmy języka u miejscowych to jak nam ktoś powie, „Alaska zimą to jest to” to mu podamy adres najbliższego szpitala psychiatrycznego gdzie takie zmiany osobowości się leczy – co prawda nie jest to tanie ale ponoć spory procent pacjentów z tego wychodzi.

Wracając do sedna sprawy czyli do „naszej Alaski”, założenie było takie 3 miesiące na USA i spróbujemy „testowo” coś zobaczyć w Kanadzie – aby mieć wskazówkę na przyszłość czy warto czy też nie. Ttego „testowo” wyszło nam nieco ponad tydzień – co wystarczyło raptem na zobaczenie BC i paru miejsc w Albercie. Jednym z nich był park narodowy Jasper.

Co tu dużo pisać właśnie tak sobie wyobrażaliśmy lato na Alasce 😀 Ciepło – ale nie gorąco, krystalicznie czyste powietrze, masa lodowców, ogromna ilość zieleni i zwierząt wszelkiej maści – w tym Dziki Komar Kanadyjski, którego ukąszenia na szczęście swędziały tylko dwa dni 😀

Na początku wypatrywaliśmy zwierząt z boku drogi – złaknieni takich widoków – jednak po przejechaniu raptem paru kilometrów daliśmy sobie spokój bo trzeba było tak uważać, żeby przez przypadek żadnego z nich nie potrącić na szosie 🙂

Bjutiful BC

Przekraczając granicę kanadyjską zaroiło się od samochodów z rejestracjami z British Columbii, a na każdej jak byk:

Miasto na V.

Wymyślają sobie ludzie przeróżne rankingi, konkursy z nagrodami i bez (właściwie operator koszący za SMSy zawsze wygrywa), np. cud świata XXI wieku, czy też najlepsze Place to Live. W takim właśnie rankingu, pierwsze miejsce zdobyło Vancouver, taka tam sobie mieścina gdzieś w zachodniej Kanadzie. Za namową pewnej zaprzyjaźnionej osoby postanowiliśmy odwiedzić to miasto i zweryfikować wartość przyznanego tytułu. Rzecz jasna parę dni w mieście nie daje nawet szans na poznanie czy nadaje się ono do życia czy też nie, ale co nam szkodzi powymądrzać się trochę.
No cóż miasto jak miasto, porozrzucane po wzgórzach, poprzecinane jakimiś zatokami nad którymi są mosty i mostki. Generalnie nic specjalnego, wszędzie zielono, pełno ścieżek rowerowych, jakaś komunikacja miejska (która na dodatek jeździ sprawnie i szybko – ponoć zostało to po olimpiadzie) ponoć nawet tramwaj jest wodny – ale tego już nie udało się sprawdzić. Ulice jakieś takie, takie europejskie bo i stoliki powystawiane na ulice – coby kawkę spożyć niespiesznie, a i zabudowa przypominająca tą na Starym Kontynencie. Przez chwilę to się, aż za bardzo swojsko poczuliśmy z tymi klimatami. Nie będę pisał, że kobiety atrakcyjne bo jeszcze żona przeczyta i będzie bura. Za to mogę z pełnym przekonaniem napisać, że na samochodach się znają – zagęszczenie wszelkiej maści pojazdów – nazwijmy je – nietuzinkowych – bardzo duże i dotąd nie spotykane na naszej trasie, no i chyba wydział komunikacji jakiś przychylny mają bo rejestruje im samochody z kierownicą po „japońskiej” stronie.
Tak czy inaczej widać poniżej, że lipa.