Category Archives: Malezja

z życia wzięte

budda i takie tam…

Jak na konserwatywną, radykalną, tradycyjną i Bóg (do wyboru który) raczy wiedzieć jaką część Malezji Kelantan nie zachwycił nas swoim islamskim klimatem – ot nieco szczelniej pozakrywane kobiety i… w sumie tyle – nie było tej niesamowitości porannych śpiewów nawołujących do modlitwy, nie było tej niesamowitości ciszy i spokoju w meczetach było za to całe multum świątyń innego rodzaju. Oczywiście królują tutaj świątynie buddyjskie z motywem przewodnim występującym w przeróżnych pozach, a to siedzącej, a to leżącej, a to stojącej czy też z jakimś smokiem wijącym się po podwórku.
Tak czy inaczej pokrążyliśmy nieco po okolicy – przy okazji pozwalając Marcie popuszczać bańki z kumplem z klasztoru.

coś dla turystów

Jak wspomnieliśmy pod latarnią najciemniej – ale po kolei. Spacerując o “godzinie, której nie ma” czyli jakaś dziewiąta rano w niedziele (czyli każdy jeden dzień odkąd wyruszyliśmy w drogę) po jeszcze chłodnych (+28) ulicach pytamy Malaja o drogę i od słowa do słowa okazuje się, że ma dość dużo wiedzy na temat okolic, ma również Protona WIra rocznik ’90, którego nie zawaha się użyć gdybyśmy byli zainteresowani pokręceniem się po okolicy. To wszystko było wynikiem dłuższej rozmowy i raczej my byliśmy stroną bardziej nagabującą niż atakowani przez Majfrenda.

No dobra, szybkie drugie śniadanie i jedziemy z naszym nowym znajomym do fabryki lalek do teatru cieni. Podchodzimy do zagadnienia bardzo sceptycznie bo to pewnie typowa atrakcja dla turystów i to innych niż muzułmanie bo władze (a Malezja jest krajem z jasno określoną religią) delikatenie rzecz ujmując nie pochwalają tych przedstawień. Dość często uprzednio organizowane pokazy w ośrodku kultury Kota Bharu obecnie goszczą tam sporadycznie (tak przynajmniej jest w kwietniu gdy tam byliśmy) i ciężko jest zobaczyć pełne przedstawienie.

Sposób przygotowania lalek robi wrażenie swoją precyzją i przede wszystkim trwałością bo jak mieliśmy okazję się przekonać lekko nie mają podczas występów. Specjalnie wyprawiona skóra po kolejnych zabiegach nabiera kształtu swojego przyszłego bohatera. Malowanie specjalnymi farbami, następnie zabezpieczanie całości specjalnymi lakierami wydłuża czas powstawania “kukiełki” do ponad tygodnia. Marcie oczywiście bardzo się podobają “lalecki”, ona zaś całemu zespołowi produkującemu “aktorów”. Co prawda córka zdecydowanie woli kontakt osobisty z lalkami – podczas gdy przedstawienie opiera się na tzw projekcji tylnej.

Szkoda, że (jak myślimy) nie będzie możliwości zobaczyć takiego przedstawienia….

Kelantan – po co tam jedziecie?

Słowem wyjaśnienia -jesteśmy “lenie” i dlatego nas długo nie było, dlaczego konkretnie o tym będzie później i będzie odpowiedzią na jedno pytanie, które pewnie wielu nurtuje…

Wracając do Malezji czyli miejsca gdzie “jesteśmy” –  mieliśmy plan, oczywista, że plan był wyśmienity (jak się zdawało) polegający na spędzeniu czasu na plaży jednej z malezyjskich wysepek. W tym też celu pojechaliśmy do Kota Bharu – stąd miało być blisko do plażowego raju… Nie łatwo było opuścić Georgetown bo to bardzo klimatyczne miejsce, ale w końcu kupujemy bilet i wyjeżdżamy (i dobrze bo już zaczynałem myśleć nad kolejnym dodatkiem do aparatu).

Jeśli chodzi o Kelantan to większość internetowych “fachowców” pisała, że to beznadzieja i nie ma tam nic do oglądania i robienia, z kolei z opisów “naszych” fachowców wynikało, że warto – tak więc wybór był prosty.

Ta część Malezji uchodzi za najbardziej konserwatywną i radykalną jeśli chodzi o wyznawców islamu. Kto wie czy nie należałoby napisać, ze najbardziej postępowa – w końcu islam w Malezji choć obecny dość długo to najbardziej ewoluował przez ostatnie kilkadziesiąt lat i okolice Kota Bharu są chyba najbardziej “do przodu” w tym temacie.

Pierwsze wrażenie jest dokładnie takie jak opisywała “większość”, o której wspomnieliśmy. Zakamuflowane kobiety, wszechobecny bród, szczury wielkości kota biegające w biały dzień po ulicach, obowiązkowe strzałki wskazujące kierunek modlenia się w pokojach hotelowych składało się na obraz jaki zobaczyliśmy na miejscu.

Z drugiej zaś strony, szczelny ubiór nie przeszkadzał dziewczynom w bardzo dynamicznych rozgrywkach w Street-basketball (temperatura była w okolicy 35stopni Celsjusza), mieszkańcy bardzo uprzejmi i w żaden sposób nie pokazujący swojej wyższości mimo naszego innowierstwa, jedzenie przepyszne i parę innych rzeczy typu “pod latarnią najciemniej” zdecydowanie podnosiły ocenę KB w naszych oczach.

Podnosiła do tego stopnia, że nie wyobrażaliśmy sobie utraty możliwości eksploracji tego miejsca na rzecz jakiejś plaży, inna sprawa, że jeśli mamy za własne ciężko zarobione pieniądze katować się w upale na jakiejś wyspie (pamiętajcie – że dla nas lato trwa już bez mała rok non stop) – to już raczej wolimy wrócić do Polski – albo zostać w Kota i nieco aktywniej spędzić czas.

1

Georgetown – ponownie

6

Kek Lok Si

Jak podaje NiezbędnikKażdegoPrawdziwegoBackpackersa Penang szczyci się tym, że zlokalizowany nań została jedna z największych świątyń buddyjskich. Ponoć mają tam jeden z największych posągów (Buddy), no ale gdzie im tam do naszego Świebodzińskiego Dżizusa (“gdzie tam” = 3m).

Atrakcyjność tego miejsca potęguje dostępność autobusem miejskim (i to klimatyzowanym) za parędziesiąt groszy polskich. Sama podróż tymże autobusem to już wycieczka bo trwa ponad godzinę i kończy się pośród wszędzie rozstawionych straganów. Aby odnaleźć drogę do świątyni wystarczy kierować się tam gdzie największy tłum handlarzy. Jeśli zaś wydaje się Wam, że dalej już nie da rady iść to znaczy, że jesteście coraz bliżej celu. Tradycyjnie na straganach kupić można niemal wszystko (choć brylują koszulki HardRockCafe i Starbucks). Normalnie lepsi są niż nasi odpuściarze z korkowcami, blaszanymi pierścionkami i sznurami “oponek”.

Jak już w pocie czoła udało się nam dotrzeć na miejsce okazało się, że nie chcą od nas kasy za wstęp. Oczywiście wydało się nam to mocno podejrzane tym bardziej, że wiele atrakcji mijaliśmy po drodze – między innymi hodowlę żółwi, które to w buddyzmie są symbolem długowieczności i powodzenia.

Jak sądzimy tutaj żyć będą wiecznie…

… kolejną atrakcją miał być posąg Buddy tu już stanęli na wysokości zadania i za dojazd windą kasują parę ringidów od familji. Pewnie istniał sposób tańszy, już dawno rozpracowany przez rodaków – ale w taki upał możemy sobie pozwolić na odrobinę luksusu.

Georgetown

Prawda o tym miejscu jest taka, że kusiło nas od momentu opuszczenia Singapuru. Nasi doradcy (szukać w “tu zaglądamy”) na tyle obrazowo sprzedali nam klimat miejsca, że koniecznie chcieliśmy je zobaczyć.

Pewne było, że z głodu nie zginiemy więc byliśmy spokojni. Co prawda po przygodzie w jednej z indyjskich knajp (noł spajsi maj frend) – kiedy to niemal brakło zapasów Tigera jak skosztowałem dania zamówionego dla trzylatki – byliśmy nieco ostrożniejsi.

Nawet topografię miasta poznaliśmy na tyle by dotrzeć do sklepu fotograficznego gdzie mieli takie fajne armaty z napisem Nikon w cenie mocno dumpingowej. Po długim wahaniu (jakieś 20 minut) zestaw fotograficzny został uzupełniony o tele, a budżet po raz n-ty w czasie podróży nadwątlony. Na ratunek w takich sytuacjach może przyjść taka rodzinna inicjatywa jaką odnaleźliśmy w jednej z uliczek Singapuru:

Penang

Długo trwało podjęcie decyzji o wyjeździe, a wszystko przez rześkie powietrze w Cameron Highland. Jedyne co nas ciągnęło dalej to ściągawka z zestawem potraw na każdą okazję i fakt, że 6 dni to bardzo długo jak na jedno miejsce

Kierunek obrany był już wcześniej pozostało tylko zdobyć się na opuszczenie herbacianych wzgórz.

Oczywiście wcześniej dwukrotnie podjęliśmy próbę pokonania trasy przez dżunglę o bardzo romantycznej nazwie 9A – jednak każdorazowo kończyła się ona w opuszczonym garażu na obrzeżach miasteczka, gdzie próbowaliśmy przeczekać deszcz. Zgodnie z oczekiwaniem nie kończył się on więc wracaliśmy do “naszej” knajpki na małe co nieco.
Mając do wyboru trzecie podejście na trasę lub odwiedzenie Georgetown wybraliśmy to drugie.

Na miejscu dopadł nas żar z jasnego nieba i praktycznie żadnej chmurki dającej nadzieję na wytchnienie.

Jak zwykle zgubiliśmy się, a bezpłatny autobus kluczył po jednokierunkowych uliczkach nie pozwalając nam zorientować się w naszym położeniu. Jako, że wyposażeni w cały dobytek w postaci córki, walizy bez kółek i urwaną rączką, plecaki i pomniejsze tobołki ledwo się mieściliśmy w coraz bardziej zapchanym autobusie – podjęliśmy heroiczną próbę wydostania się na zewnątrz. Już na drugim przystanku się udało – i chyba w sumie dobrze bo znajdował się on niemal na przeciw wielgachnego hotelu z pokojami za rozsądną cenę. Grunt, że była klima i niesamowity widok – bo pokój trafił się nam na piętrze ostatnim.

“Atrakcja”

W Cameron Highland większość turystycznych naganiaczy rekomenduje coś co zwie się “Butterfly Garden”. Trafiliśmy tam i my głównie ze względu na Martę. Krótko podsumowując – to zaraz po Dworcu Zachodnim w Warszawie najbardziej przygnębiające miejsce w jakim byliśmy. Setki biednych owadów w ostatnim stadium swojego jestestwa, nie mające siły by fruwać (bądź brak technicznych możliwości – ze względu na uszkodzenia mechaniczne). Jakieś węże stłoczone w mikroskopijnych klatkach itd itp.
Latorośli się podobało – bo jeszcze mało świadoma – ale z grubsza rzecz ujmując – my nie rekomendujemy.

CH

Długa droga z KL do Cameron Highland tym bardziej długa była, że wiodła ultra krętą górską szosą. Tradycyjnie już komuś było nie za specjalnie, ktoś spał i miał wszystko w swoim małym nosku, a ktoś próbował ocenić szansę na przeżycie pasażerów kursowego autobusu podczas setnego z rzędu manewru wyprzedzania na czwartego pod górkę na ślepym zakręcie.

Za nim zaś co rusz pokazywał się odrażający widok dziesiątek foliowych tuneli i znanych z naszych “gierkowskich” osiedli bloczysk.  Nijak się to miało do obiecywanych pięknych herbacianych pól na wzgórzach. Gdzie okiem sięgnąć widok mniej więcej taki :