Category Archives: Meksyk

mergedlogo

zdążyć przed murem cz.1

Moja lepsza połówka mimo wszystkich swoich zalet, ma też jedną słabość. Nieskromnie zauważę, że ta słabość to ja i moje wyjazdy. Sam już nie wiem jakie socjotechniki zastosowałem tym razem – ale się udało i otrzymałem dyspensę na męski wyjazd. Najlepsze to, że wyjazd nie byle jaki bo to i kontynent inny, i rodzaj wyjazdu (czyli rajd off-roadowy) no i na głowie lepszej, wyrozumialszej połówki blisko trzy tygodnie samodzielnego zajmowania się potomstwem.

Street life

To ostatni zaległy post z Meksyku – nie do końca wiem dlaczego się nie opublikował

Dotarliśmy tutaj w nocy 7 maja, ulica wyglądała na opustoszałą, kiedy jednak nastał dzień również i jej “luźny” charakter odszedł w zapomnienie.

Na ulicy kupisz wszystko, jedzenie, ubrania, płyty, wiertarkę, biżuterię, wycieczkę itd, do tego dochodzą sklepy, które przyciągają klientów ogromnymi głośnikami, których mocy nie wahają się użyć 😀

Skutek tego jest taki, że panuje tutaj ogromny hałas, do którego ciężko się przyzwyczaić (choć muszę przyznać, że dla mnie Mexico City jest naprawdę ciekawym miejscem – choć reszta wycieczki tej opinii nie podziela).

Pewnego dnia popołudniu zaczął padać dość intensywny deszcz, odetchnęliśmy z ulgą na myśl o chwili ciszy i spokoju – nic z tego już po 2 minutach było dwóch wyspecjalizowanych handlarzy peleryn i parasoli 😀

Meksyk

Nie było naszym celem pisanie przewodnika dla innych i spisywanie każdej wydanej złotówki razem z namiarami geograficznymi miejsca gdzie to nastąpiło, raczej chcieliśmy mieć takie swoje miejsce w sieci gdzie będzie można dać znać znajomym i rodzinie, że wszystko w porządku i jesteśmy cali i zdrowi, ewentualnie żeby zasilili nasze konto :D. Wydaje się nam jednak, ze względu na pewnego rodzaju „unikalność” naszego przedsięwzięcia warto napisać kilka słów podsumowania, które rzucą światło na spotkane po drodze realia 🙂 Być może komuś kto wybiera się tutaj z dzieckiem pomoże to w zaplanowaniu swojego pobytu.

No więc po kolei:

Żeby sobie uzmysłowić jakiego rodzaju „podróżnikami” jesteśmy:

absolutnie nie jesteśmy

on duty

wyobraźmy sobie małą ciastkarnie w centrum – powiedzmy 60m2 powierzchni wystawowo-obsługowej. Pomijając doznania termiczne >piec w rogu, a na zewnątrz +32<  oraz zapachowe – mimo upału nie chce się wychodzić :),  – pomoże nam to zrozumieć meksykański model organizacji pracy. Podchodzisz do lady i pobierasz tace wielkości WIELKIEJ pizzy (aluminiowa coby mało gramotny klient nie potrzaskał – czyt. ja). Na tace nakładasz sobie co tam tylko Ci się zamarzy i podchodzisz do Pani nr.1, Pani ta okiem fachowca sprawdza zawartość tacy i wypełnia Dokument nr 1. Z tym też dokumentem udajemy się do Pani nr.2, czyli kasjerki, sprawdza ona zapiski na Dokumencie nr 1 i podaje kwotę do zapłaty. Po jej uiszczeniu wręcza nam Dokument nr 2 na którym stawia pieczęć nadającą moc urzędową temu Dokumentowi. Następnie z opieczętowanym Dokumentem udajemy się do Pani nr 3, która sprytnie pakuje nasze sprawunki (każde z osobna w foliową torebkę – Meksyk kocha foliowe torebki) po to by później wszystkie razem włożyć do kolejnej „reklamówki”. Warto nadmienić, iż przy Pani nr 3 stoi ogromny kosz do którego tuż po jego weryfikacji >bądź nie, bo rzadko ktoś zaprząta sobie głowę przeglądaniem Dokumentu nr.2< przez Panią nr 3 ląduje JakżeWażnyDokumentNr2.
Całość odbywa się przy jednej ladzie i odległość między skrajnymi punktami nie przekracza 4m. Pani nr 2 oraz Pani nr 3

Merida

Po pobycie w Tulum przejechaliśmy do naszej ostatniej (pomijając DF) “destynacji” w Meksyku. Żyliśmy złudną nadzieją, że będzie trochę chłodniej niestety magiczne 100/100* nie odpuszczało nawet na chwilę.
Udało się jednak trochę pokręcić po okolicy i samym mieście.

Wy to macie fajnie, chłodno…

a my się męczymy w tym upale…
i nawet nie wiecie ile nas to kosztuje…

Palenque

Na początku nie planowaliśmy oglądania tych “kamieni” ale ponieważ taka opcja skracała o 5 godzin czas podróży autobusem na tzw. “jeden raz” to skusiliśmy się. O ile inne atrakcje po drodze jak kaskady i wodospad w dżungli nie zrobiły na nas wrażenia, to miejsce docelowe jak najbardziej.

Do tego jesteśmy wszyscy trochę nerwowi co przypisujemy Malarone (profilaktyka anty-malaryczna), tak więc wesoło nie jest.

Jakby tego było mało podróż busem w którym dostawiono dwa rzędy siedzeń na końcu (w miejscu przestrzeni bagażowej) nie modyfikując nawiewów klimatyzacji (okna nieotwierane), dwadzieścia pięć tysięcy trzysta siedemdziesiąt cztery “topas” i “zona vibration”, a także milion zakrętów i słaba pamięć (nie wzięliśmy Aviomarin) spowodowała, że tylko trzy istoty z rzeczonych miejsc przetrwały podróż nie zmieniając barwy na denaturat-owy (na szczęście wśród szczęśliwców była córka autora bloga i jej fantastyczny ojciec). Co do zakrętów to winny był kierowca – miał bardzo kiepski tor jazdy 😀 Reszta to uroki Meksyku 😀

Po dotarciu na miejsce nasza przepustka => spowodowała uśmiech na twarzy bileterów i mrugnięcie oka żeby wejść z aparatem – na który przez niewiedzę nie kupiliśmy biletu 😀

A same ruiny – no cóż – FANTASTYCZNE miejsce.

San Cristobal de Las Casas

Oj długa droga z Puebla do San Cristobal de Las Casas – około 11h w autobusie robi swoje. Na szczęście musimy obalić mit o arktycznych temperaturach w autobusach dalekobieżnych. Średnia temperatura to 23stopnie czyli całkiem przyjemnie. Wystarczyła bluza z długim rękawem i skarpetki. Choć my to chyba mocno zimnolubni jesteśmy – co może wiele wyjaśniać- ale do tego dojdziemy za parę wpisów 😀

Samo miasteczko bardzo przyjemne, pełno knajpek, Indian i białych turystów – “Dzieci Kwiaty wannabe”.

Przy okazji miasteczko jest fajnym miejscem wypadowym do San Juan Chamula i kanionu Sumidero.

Jest takie miejsce

które nie wiemy czy warto zobaczyć – a już na pewno nie z dzieckiem….

Brud, smród, szwendające się po miasteczku psy (już wiemy skąd bierze się powiedzenie “nienawidzić jak psa”), tabuny próbujących coś sprzedać kobiet i dzieci… a do tego my, turyści z “innego świata”. Pisze się w przewodnikach, że Indianie mieszkający w tym miasteczku i okolicznych wioskach nie są nastawieni przyjaźnie do turystów, cóż też bym nie był gdyby traktowano mnie jak małpę w zoo, na którą patrzą jakieś dziwne istoty z aparatami fotograficznymi przy oku. Ludzie którzy z łażąc z rozdziawioną gębą nie potrafią uszanować czyjejś religii  – tak jak pani z <chyba> NRD, która wlazła w kurę przeznaczoną na ofiarę, a ta gdacząc przeraźliwie mało co nie spłonęła żywcem od rozstawionych świec…

Tak w skrócie i naszym własnym odczuciu wygląda San Juan Chamula. Tak naprawdę trochę żałujemy tego wyjazdu, bo z jednej strony jest to ciekawe przeżycie, jednak z drugiej jakiś niesmak w człowieku pozostaje, że się tak z butami włazi na czyjeś podwórko.

Puebla

Wszystko co dobre niestety szybko się kończy, tak więc trzeba było się spakować do plecaków i znów ruszyć na południe. Tym razem tylko jedna noc w Mexico City i kolejny autobus – tym razem do Puebla.

Przejazd z dworca do centrum nie nastraja zbyt optymistycznie, brudne ulice, rozwalające się samochody przypominają trochę Mexico City (widok często spotykany w bocznych uliczkach w centrum). Na szczęście samo Zocalo to już inny świat. Centrum dużo czystsze niż w MC, ludzie uśmiechnięci, a i turystów typu “biała twarz” bardzo niewielu (podobnie zresztą jak we wszystkich poprzednich miejscach z wyjątkiem SMdA).

Bladość swą zawdzięczamy filtrom UV 50 – bo przecież nie od dziś wiadomo, że urodę mam latynosa 😀 tylko te blokery nie pozwalają ujrzeć mego prawdziwego oblicza 😀

Tym razem oszczędzimy widoku kolejnych katedr i kościołów 🙂 Miasto to kojarzy się nam bowiem z zupełnie innymi rzeczami 😀