Category Archives: żeby nie było…

POL_9971

O tym jak zrobić coś niemożliwego

Dziś, krótko w temacie wokół-podróżniczym. Dzięki uprzejmości Ani i Krzyśka Kobusów parę naszych przemyśleń znalazło się na kartach ich najnowszej książki “Podróżuj z dzieckiem – poradnik praktyczny”.

 

Fajnie wydana publikacja i ciekawie spisane porady co zrobić z małym obywatelem w podróży.

Szybko przeglądając podrozdziały możemy śmiało napisać – wszystko to nas nurtowało przed wyjazdem i wszystko to musieliśmy gdzieś wyszukiwać w otchłani internetu. Ania i Krzysiek ułatwiają przygotowania, zbierając masę informacji w jednym miejscu.

Dodatkowo masa informacji od ludzi, którzy podobnie jak my uwierzyli, że dziecko to nie jest forma niepełnosprawności przykuwająca nas do miejsca stałego zamieszkania. Są też linki – gdzie można znaleźć sporo ciekawych informacji.

Polecamy!!!

POL_9971

POL_8167

W kratkę (kraina)

Obiecałem sobie, że relacje z poprzednich wakacji skończę nim się kolejne rozpoczną…
Przed rodzinnymi udało się zdążyć, co prawda był jeszcze wyjazd służbowy ale jako taki po pierwsze primo się nie liczy a po drugie primo będzie o nim niedługo – przy okazji jako taka chronologia będzie zachowana.

Po całym tym narzekaniu na polskie wybrzeże wypada też uczciwie przyznać, że miejsc tam sporo takich, gdzie mimo wszystko warto pojechać i odpocząć od dzikiego tłumu się da (za to brzęczenie komarów nie ustaje). Co ważne od stolic tandety wszelakiej miejsca te są nie dalej jak kilkadziesiąt kilometrów – śmiało więc można plan krajoznawczy uskutecznić jednego dnia.

_MG_6034[1]

Wakacje :)

Z okazji wakacji nasza pociecha ma dla wszystkich czytelników piosenkę. Na szczęście ma nieco więcej talentu od ojca:)

już za parę dni by Marta

Nagranie powstało dzięki Natalii Mileszyk z RadioWNET – tam też zostało zresztą “zrealizowane”.

poniżej kilka zdjęć w wykonaniu Pani Redaktor

nocnik

Dwa plus jeden

Chyba tylko ja jeden wiem, jak ciężko jest się zebrać w sobie, żeby coś skrobnąć na bloga. Nawet fakt, że obiecałem we wcześniejszym wpisie (kiedy to było?) nie pomaga.

Fakt, życie w podróży jest zdecydowanie prostsze. Mimo, że wówczas wydawało się nam sporym wysiłkiem napisanie czegoś, to teraz, z perspektywy “etatowca”, który to teoretycznie ma czasu w bród jest to jeszcze trudniejsze. Zgodnie z obietnicą parę naszych przemyśleń w temacie podróżniczo-młodzieżowym. Trochę spóźnione bo na naszym ulubionym Peronie4 już poszło.

Czy Wasze dziecko też bardzo “lubi” słowo zaraz? Nasze uwielbia…. Ciekawe, kto je tego nauczył?

Wracamy z pracy, w kiepskim nastroju, kran cieknie, sąsiad robi parapetówkę (5 raz w tym tygodniu), samochód nam ktoś zarysował, żona obrażona, a córka od progu woła Tato! pobaw się ze mną! Mogę bajkę? Poczytaj mi książeczkę! No i odruchowo odpowiadamy ulubione słowo na zet.

Lansu dalszy ciąg

Siedzieliśmy cicho bo to nigdy nie wiadomo jak wypadnie i czy wstydu nie będzie 🙂

Ale ponieważ już zostaliśmy nakryci przez niektórych urzędujących w Mieście Królewskim Kraków to się przyznamy – byliśmy gośćmi Radia Kraków w audycji Mamo, Tato to ja.

Audycja była o godzinie, która już “jest” w niedzielny poranek bo o 10tej. Stąd też pewnie namierzenie nas w eterze…
Podziękować w tym miejscu chcemy przede wszystkim naszym kolegom (a właściwie koleżance) z Peronu4 – Jagodzie Pietrzak za sprzedanie naszych skromnych osób, Pani Justynie Piwowar z CzasDzieci.pl i finalnie Agnieszce Grybel z Radia Kraków,

To jak wypadło musicie ocenić sami, nam wydaje się, że mimo krótszego czasu trwania audycji to jednak warta posłuchania (kilka fajnych starych kawałków w trakcie) 🙂

Chcąc posłuchać audycji możecie skorzystać z plejera na stronie radia – tudzież z linków poniżej:

część 1

część 2

Dzień jak co dzień – dziecka zresztą

Każdy rodzic wie, że pytając narażamy się na odpowiedź

tak też było jak zapytaliśmy Martę co chciałaby robić tego dnia, a ona odpowiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu:
– Do Akwarium, do Akwarium!!!

Weź teraz człowieku znajdź Akwarium w Kuala Lumpur (co akurat nie jest trudne). Z drugiej jednak strony po stosunkowo niedawnych wizytach w Auckland i Sydney – chyba mamy dość takich atrakcji.  Za to w pamięci wciąż tkwi Seattle z jego niesamowitym Children’s Museum – a ponoć niezły przybytek tego rodzaju znaleźć można w Petronas Towers.

Żal opuszczać klimatyzowany pokój bo pogoda lepka jak wczoraj, przedwczoraj, dwa, trzy i cztery dni temu 🙂 Przebijamy się więc przez chińską dzielnicę w malezyjskim mieście (pełną białych plecakowców) by dotrzeć do metra.

Już na miejscu obowiązkowa kolejka, zakup biletu, ładujemy się do wagonikai i ….

… rany to znów się dzieje, znów mamy po sześć lat. Jesteśmy operatorami koparki, pracownikami platformy wiertniczej, kosmonautami, projektantami rurki z kulką, kierowcami F1, odwiedzającymi Park Jurajski itd itp  😀 Marta prze-szczęśliwa – i choć przyznać musimy, że część rekwizytów jest dla starszych dzieciaków to bawi się świetnie w końcu dwójka sześciolatków pokazuje jej jak robi to i owo.

Kawałeczek dalej symulator lotu helikopterem (już do prawdziwego nie wsiądziemy po tym) i ławeczka na której można przeżyć trzęsienie ziemi, i hologramowe zabawki i setki innych rzeczy do zobaczenia, dotknięcia i poczucia na własnej skórze jak to jest.

Czas pędzi jak szalony i oczywiście zamknięcie lokalu następuje o dużo za wcześnie. Na szczęście mamy jeszcze parę dni więc wracamy po raz kolejny – już wcześniej i z przemyconymi w kieszeniach bananami (zakaz wnoszenia jedzenia).

Marta ma…. nowe hobby

nowa pasja naszego dziecka objawiła się w całej okazałości. W sumie to była już wcześniej ale nasz serdeczny przyjaciel z Rio pożyczył od nas mały aparat więc nie mogła niewiasta rozwijać tego hobby. W tym momencie mamy już dość zaawansowanego technicznie małolata. Każdorazowo zaczyna się od pytania:
Tata/Mamo jest miejsce na kalcie?
Tato/Mamo jest bateria w moim aparacie?
– Tato/Mamo mam dzisiaj kale?
(to temat na osobny wpis – zatytułowany wymyślne tortury wychowawcze)

jeśli odpowiedź na powyższe wygląda tak:
-tak
-tak
-nie

to następuje stwierdzenie:
– DAJ MI TO!!!

Marta ma głos

No i skończyła się nasza południowo-amerykańska “krucjata” 4 miesiące starczyło raptem na odwiedzenie czterech krajów – z których w jednym zabawiliśmy nieco dłużej (Argentyna). Ten wydawać by się mogło długi czas – z ledwością starczył na zobaczenie kilku atrakcji i takie zwyczajne “bycie tu”. Ruszamy na Rapa Nui, która to niby też południowo amerykańska – ale mamy swoje zdanie na ten temat, podobnie jak spotkany swego czasu w Nevadzie przemiły Kalifornijczyk, który niemal nas przekonał, że to Mont Blanc a nie Elbrus jest najwyższym szczytem Europy. A obecny stan rzeczy jest tylko i wyłącznie odbiciem ego pana Messnera 🙂
Przez ten czas wiele się zmieniło – a największa odnotowana zmiana to nasza córka. Przyznać musimy, że rośnie nam mistrz ciętej riposty, ściemniacz, kombinator i cwaniak.

Najgorsze jest to, że za nic w świecie nie wiemy skąd jej się to bierze. Ojciec spokojny, matka poukładana…
Staraliśmy się kilka z jej refleksji zanotować – bo pamięć ulotna strasznie w naszym wieku. Mam nadzieję, że po przeczytaniu – nikt już z dzieckiem nie wyjedzie 🙂

mamy więc dwie kategorie – pierwszą z grubsza możemy nazwać złote myśli:

.

główka pracuje:

I on ma taki NACISK na plecach, taki specjalny różowy jak flaming…..i jak go nacisnę – ten nacisk różowy to mi urosną takie skrzydła i będę latała. (rzecz się działa w Buenos Aires gdzie mieszkaliśmy dość wysoko i mieliśmy balkon – więc musiałem z nią negocjować – by pierwszy lot spróbowała robić w pokoju i to w obecności jednego z rodziców)

Salta Ciudad

No i wróciłem, do szczęścia mojego dwuosobowego dzielnie hostele zmieniającego i w kasze dmuchać sobie nie dającego 🙂

i znów można wspólnie kolejką jeździć, widoki podziwiać, kamyki rzucać i bajek słuchać z wielką uwagą 🙂

tak mnie naszło….

Podróż z małym człowiekiem to dość skomplikowana sprawa. No bo jak zapanować nad takim małym obywatelem i na dodatek wytrzymać to nerwowo.
Są różne teorie na temat wychowywania dziecka. Są też przez psychologów opisane i ładnie nazwane różne schematy zachowań małoletniego. Tyle teorii, bo praktyka jest zupełnie do niej nie przystająca.
Żeby podróż taka mogła dojść do skutku, niezbędnym jest odpowiednie zabawienie malucha.  Od razu napiszę, że dodawanie zabawek nie dość, że nieskuteczne to jeszcze uciążliwe bo cały ten kram trzeba nosić ze sobą. W naszej podróży sprawdza się raptem parę maskotek, jeden „demoralizator” zakupiony jeszcze w Stanach i parę dodatków typu książeczki, blok rysunkowy, farbki i kredki.
Szał na te dwie ostatnie pozycje zaczął się zaraz po przybyciu do USA i na chwilę obecną wciąż jest u łask. Co prawda Marta nie jest typem malarza pokojowego tak więc oszczędza ściany za to preferuje rysowanie/malowanie przede wszystkim na swoich kartkach, tudzież uprawianie body painting. Niestety skłonności do tego drugiego rosną z dnia na dzień.
Najbardziej wdzięcznym obiektem do malowania jest oczywiście tata, który przyjmuje wszelkie formy artystycznej ekspresji ze stoickim spokojem. No i właśnie za to zapłacił już parokrotnie – a to dlatego, że farbki zakupione w BsAs okazały się nie do końca zmywalne. Tak więc musiał paradować z pomalowanymi paznokciami u nóg i tego typu historie.
Można też wykorzystywać wspominany wcześniej „demoralizator” – czyli odtwarzacz dvd – na którym do bólu można oglądać nieśmiertelnego Papaya.
Jak jednak wskazuje doświadczenie, najlepsze są zabawki innych dzieci, bądź rzeczy w niczym zabawek nie przypominające 🙂
Tutaj królują kwiatuszki i listki – i nie ważne jakiej są wielkości, grunt to dzierżyć je w dłoni z dumą i należytym szacunkiem.
Niestety maluchowi ciężko pojąć, że taki kwiatuszek ma bardzo krótki żywot, stąd pretensje że zwiądł. Stara się też taki mały człowiek zgromadzić odpowiednio imponującą kolekcję (najlepiej imponujących) liści – ale to chyba temat na osobny wpis 🙂
Inną rzeczą mogącą zabawić nasze dziecko są zwierzęta. Tutaj rozmiar nie ma znaczenia 🙂 Pobobają się krowy, konie, słonie, żyrafy oraz mrówki, gąsienice i pająki. Jest to o tyle niebezpieczne, że mały człowiek nie postrzega tego wszystkiego jako potencjalne niebezpieczeństwo a jako zabawkę.

No i oczywiście gwóźdź programu a raczej kamień programu to kawałek czegoś ciężkiego, najlepiej w ilościach hurtowych i już perfekcyjnie jak występuje nad jakimś zbiornikiem wodnym (kałuża łapie się do tego kryterium). Można podnosić  i rzucać w otchłań. Jeśli rozmiar wyklucza możliwości fizycznego dźwignięcia przez małoletnią – do akcji włączany jest ojciec. Niestety po dwóch wrzuconych wspólnie kamieniach latorośl bez wahania wskazuje na najbliżej położony głaz (tak na oko 5 ton waży to co wystaje nad ziemię) i prosi o pomoc…..

W modzie są też karuzele, place zabaw (o tym już było) no i nasze buty….