Tag Archives: Argentyna

Humahuaca

Namówieni przez naszą nauczycielkę hiszpańskiego postanowiliśmy nie poprzestawać na Cafayate i okolicach ale także zawędrować nieco dalej na północ kraju. Tym właśnie sposobem Humahuaca stała się naszym domem i bazą wypadową na blisko tydzień.
Tradycyjnie już zaciągnęliśmy języka wśród miejscowych aby dowiedzieć się co gdzie i jak (z przewodnika nie dało rady skorzystać gdyż go spieniężyliśmy z zyskiem).
Zgodnie informowano nas o cyklicznym widowisku odbywającym się na głównym placu miasteczka, które to jest „must see” tego miejsca. Tak więc zameldowaliśmy się w miejscu akcji parę minut wcześniej – zajmując strategiczną pozycję na murku.
Z zaciekawieniem obserwowaliśmy gęstniejący tłum turystów na rynku. Większość wyposażona w aparaty fotograficzne tudzież w pociechy plątające się pomiędzy nogami.
Godzina zero nadchodziła nieubłaganie a plac wypełniony był niemal w stu procentach.
Gdy zegar zaczął wybijać południe oczy wszystkich zgromadzonych skierowały się na wieżę. Napięcie rosło z każdą sekundą, nagle jedne z drzwiczek na wieży zaczęły się powoli otwierać. Tłum jęknął z zachwytu. Spektakl trwał. Drzwi otwierały się i nadchodził kulminacyjny moment tego widowiska. Z zza drzwi zaczął wyłaniać się….
El Robot – westchnął ktoś z namaszczeniem.
Błysnęły flashe w aparatach. Zgromadzeni rodzice podnieśli swoje latorośle, aby również mogły zobaczyć to wiekopomne wydarzenie.

Nagle „DUP” El Robot wlazł do dziury a wrota zamknęły się.
Owacje na stojąco pożegnały Go i niemal w tym samym momencie tłum zaczął się dematerializować jeszcze szybciej niż się tu pojawił.

W tym właśnie momencie para amerykańskich turystów wkroczyła na rynek i widząc tłum go upuszczający zapytała jedną z kobiet co się tutaj działo. Usłyszeli historię o niemal mistycznym przeżyciu jakiego kobieta owa doświadczyła parę minut wcześniej. Z wypiekami na twarzy zgodnie krzyknęil:
– przyjedziemy jutro!
nie wytrzymałem – spadłem z murku na ziemię.

Perito Moreno

Buenos Aires zajmuje powierzchnię 200km2 i mieszka w nim około 3mln osób (w tej części “miastowej”).  I niemal taką samą powierzchnię (choć populacja zdecydowanie mniejsza) zajmuje lodowiec Perito Moreno.  Jako  jeden z nielicznych na świecie dość żwawo się on porusza. A ponieważ lodowiec ten usytuowany jest tak a nie inaczej, to co jakiś czas (trudno podać jaki bo ostatnio stracił na regularności) dzieli on  Lago Argentina od Brazo Rico. Poziom wody tego drugiego bywa o 30 m wyższy niż jeziora Argentino. Samo zamknięcie Brazo Rico nie jest tak spektakularne jak towarzyszące “otwarciu” widowisko powstawania gigantycznych tuneli w lodowcu i późniejsze zawalenie się tej ściany. Niestety nam nie było dane tego oglądać – choć parę dziesięciopiętrowych odłamków lodowych wylądowało w jeziorze na naszych oczach.

Bryły lodu dryfują później pchane wiatrem (też wieje) w stronę bardziej suchych terenów Patagonii.

I to kolejny ewenement tych terenów. Okolice El Calafate, z którego jechaliśmy zobaczyć Perito Moreno uchodzą za dość suche – jest to wynikiem różnych dziwnych procesów meteorologicznych zachodzących nad Andami – coś się skrapla, coś ochładza, coś ogrzewa itd. Wszystkiego dowiedzieliśmy się od naszej hiszpańskojęzycznej przewodniczki więc nie wykluczone, że jest zupełnie na odwrót 🙂 Generalnie sprowadza się to do tego, że miasto i okolice są wysuszone, a tereny wokół lodowca na tyle rozmoknięte – że z naszej trasy alternatywnej do Perito nic nie wyszło – bo się rozpłynęła, a 40 minutowy trek wzdłuż jeziora okazał się półtoragodzinną walką z wiatrem i śniegiem z deszczem i kilkukrotnym przekraczaniu różnej maści strumyczków. Na szczęście gore-tex działał, a Marta dzielnie pomagała w nosidełku 🙂 i koniec końców dotarliśmy do lodowca.

Jest taka rzecz

która zawsze będzie nam się kojarzyła z Argentyną. Nie trudno się domyśleć, że chodzi o mate. Jakieś x lat temu mnisi przebywający tu na misji odkryli energetyzującą moc tego napitku…..
Trochę czasu trwało nim się napój ten rozpowszechnił. Ale jak już się to stało, to mate pije się wszędzie. Żeby nie być outsiderem w tym kraju i my udaliśmy się na nauki do pewnej pani (nasza nauczycielka hiszpańskiego – polecamy).
W skrócie napiszemy, że parę litrów tej mocnej herbaty z petami (tak smakuje jak się ją pierwszy raz próbuje) wypiliśmy 🙂 I co gorsza ją polubiliśmy. Po powrocie do Polski będziemy prawie jak Cejrowski – siorbiąc ją przy każdej okazji.

San Telmo

Niedługo po tym jak niemal nie udusiliśmy się od smogu w okolicach lotniska w Rio de Janeiro, wylądowaliśmy w Buenos Aires. Pierwszy szok – pogoda. Szaro buro i deszcz siąpiący z nieba. Do tego jakieś dziwnie małe lotnisko gdzie po wejściu do sali przylotów niemal wpada się na swoją walizkę 🙂 Przy kolosie z Dallas czy SF miłe to zaskoczenie że nie trzeba robić kilometrowego spaceru aby dojść we właściwe miejsce (plus jazda kolejką).

Kolejnym zaskoczeniem były taksówki do miasta – tańsze o ponad połowę niż te w Rio 🙂
Były więc plusy, które starały się nam przysłonić wszystkie minusy 🙂 Niestety dwa dni później pogoda się poprawiła i już nie było na co narzekać.
Na dodatek dzięki spożywczakowi na rogu serwującemu potrawy kuchni argentyńskiej w niewygórowanej cenie 10 pesos (8zl) za niecały litr i ten dżdżysty czas udało nam się przeżyć.
Jako że zatrzymaliśmy się w mało klimatycznej części Constitucion – nie bardzo było co robić w okolicy, skierowaliśmy więc swoje kroki do San Telmo – jako najbliżej położonej “atrakcji”.

Dzielnica uchodzi za mekkę osób uwielbiających starocie (co niedziela odbywa się tam wielki targ z rzemiosłem i starociami). Słowo wielki jest być może na wyrost – ale spróbujcie się przepchnąć: