Tag Archives: british columbia

Prawie Wild West

Jadąc na spotkanie przedstawiciela imperialistycznego mocarstwa (czyt. amerykańskiego pogranicznika) mijaliśmy po drodze całkiem spore młyńskie koło, które już dawno zmieniło przeznaczenie będąc teraz magnesem. No a magnes jak to magnes od razu przyciągnął osobnika wyczulonego na takie atrakcje – czyli DT.
Po zajechaniu na miejsce okazało się, że mamy do czynienia z czymś na kształt skansenu demonstrującego wygląd pionierskiego miasteczka.
Jeszcze w Polsce nie przepadałem za atrakcjami tego typu, jakoś nigdy klimaty starych łowickich czy góralskich chałup mnie nie interesowały, tutaj jednak było inaczej. Pewnie wynika to z młodzieńczego zamiłowania do prozy Karola Maya czy filmów typu „3.10 do Jumy”. Tak czy inaczej niesamowite jest znaleźć się w takim miejscu gdzie wszystko jest odtworzone z ogromną pieczołowitością, co więcej część ekspozycji była żywa – np. warsztaty kowala i hydraulików, szkoła, piekarnia itd. Cóż, miała być atrakcja dla Marty a okazało się, że to atrakcja dla mnie – choć wszyscy się dobrze bawiliśmy wałęsając się po miasteczku pionierów.
Zabrakło mi w tym miejscu dwóch przybytków: prawdziwego biura szeryfa z kilkoma celami (co prawda była tego namiastka w Goverment Office) oraz klimatycznego saloonu z „pięterkiem”. Cóż pewnie takie rzeczy to tylko w filmach….

Bjutiful BC

Przekraczając granicę kanadyjską zaroiło się od samochodów z rejestracjami z British Columbii, a na każdej jak byk:

Miasto na V.

Wymyślają sobie ludzie przeróżne rankingi, konkursy z nagrodami i bez (właściwie operator koszący za SMSy zawsze wygrywa), np. cud świata XXI wieku, czy też najlepsze Place to Live. W takim właśnie rankingu, pierwsze miejsce zdobyło Vancouver, taka tam sobie mieścina gdzieś w zachodniej Kanadzie. Za namową pewnej zaprzyjaźnionej osoby postanowiliśmy odwiedzić to miasto i zweryfikować wartość przyznanego tytułu. Rzecz jasna parę dni w mieście nie daje nawet szans na poznanie czy nadaje się ono do życia czy też nie, ale co nam szkodzi powymądrzać się trochę.
No cóż miasto jak miasto, porozrzucane po wzgórzach, poprzecinane jakimiś zatokami nad którymi są mosty i mostki. Generalnie nic specjalnego, wszędzie zielono, pełno ścieżek rowerowych, jakaś komunikacja miejska (która na dodatek jeździ sprawnie i szybko – ponoć zostało to po olimpiadzie) ponoć nawet tramwaj jest wodny – ale tego już nie udało się sprawdzić. Ulice jakieś takie, takie europejskie bo i stoliki powystawiane na ulice – coby kawkę spożyć niespiesznie, a i zabudowa przypominająca tą na Starym Kontynencie. Przez chwilę to się, aż za bardzo swojsko poczuliśmy z tymi klimatami. Nie będę pisał, że kobiety atrakcyjne bo jeszcze żona przeczyta i będzie bura. Za to mogę z pełnym przekonaniem napisać, że na samochodach się znają – zagęszczenie wszelkiej maści pojazdów – nazwijmy je – nietuzinkowych – bardzo duże i dotąd nie spotykane na naszej trasie, no i chyba wydział komunikacji jakiś przychylny mają bo rejestruje im samochody z kierownicą po „japońskiej” stronie.
Tak czy inaczej widać poniżej, że lipa.