Tag Archives: cafayate

Cachi

OeS

Żeby nie było chcieliśmy dobrze, zapytaliśmy o wycieczkę do Cachi, wynegocjowaliśmy cenę i nawet ją zaliczkowaliśmy – niestety wyszło jak wyszło i niski sezon spowodował jej odwołanie. Jako, że parcie na to miejsce mielimy całkiem spore to popełniliśmy wypożyczenie pojazdu mechanicznego pewnej francuskiej firmy. Nie od dziś wiadomo, że wozy tego typu wjadą wszędzie i pojadą z każdą możliwą do wyobrażenia prędkością (podobnie jak służbówki przedstawicieli handlowych) – tak więc nawet ta trasa nie stanowi dla nich przeszkody. Na trasie tej jest mniej więcej 200km czysto szutrowej drogi – z czego zdecydowana większość dość kiepskiej jakości. Całość pnie się na wysokość 3400m npm, a jej pokonanie zajmuje dobre 12 godzin (z postojami). Co prawda znów bujało komuś…  🙂 Tak czy inaczej dla mnie to najfajniejsza droga z wszystkich dotychczas przejechanych – no ale akurat ja jestem osobą dla której droga staje się celem samym w sobie…

Utah?

Szczerze mówiąc, okolice Cafayate (te widoczne z dachu hostelu), nie powalają na kolana. Są jakieś tam winnice, górki na horyzoncie, ale wszystko to jakieś takie mało spektakularne.
Zaskoczenie przychodzi parę kilometrów na północ od miasta. A imię jego Quebrada de las Cochas. Pierwsze skojarzenia (drugie, trzecie, czwarte i kolejne zresztą też 🙂 ) prowadzą do naszego ulubionego stanu w “lepszym świecie”.

Kafaszate

było kolejne na naszej liście do odwiedzenia. Jako, że my mocno wzrokowi jesteśmy to wystarczyło zobaczyć parę zdjęć z tych okolic by wiedzieć, że trzeba tu przyjechać.

Standardowo poszukiwania noclegu odbywały się według schematu – część siedzi z tobołami, reszta biega za hostelem. W końcu i tak stanęło na jednym z miejsc do których chcieli nas zaprowadzić naganiacze. No a hostel nie najgorszy, blisko centrum (o co nie trudno w mieście o rozmiarze 10×10 „kwadratów”). I nawet internet „robił” było tylko jedno ale – które wyszło na jaw około godziny 23-ej – kiedy to dydżej odkręcił na maksa w pobliskim lokalu. Jako, że buduje się tu byle jak i byle tanio, to nie ma mowy o jakimkolwiek wyciszeniu, tak więc mimo odległości jednej przecznicy od źródła „umcy-umcy” spaliśmy – a raczej usiłowaliśmy – w dyskotece. Na dodatek w ciągu całej imprezy (ostatnie basowe wstrząsy w okolicy godziny 5.30) około 30 razy puszczany był ten kawałek, a nie było to pierwsze miejsce gdzie ten arcy-artystyczny utwór słyszeliśmy. Tak więc w chwili obecnej jeśli gdzieś usłyszymy go po raz kolejny to właściciel sprzętu na którym będzie on odtwarzany ryzykuje jego utratą i pogryzieniem przez któreś z nas.

Wyspani i wypoczęci mogliśmy udać się na patrol po okolicznych winiarniach celem przeprowadzenia degustacji i konfrontacji z zapamiętanymi smakami win spożywanych uprzednio (target do 10 peso za butle), niestety poza jednym białym nic nam nie przypadło do gustu, zresztą i tak nie mieściły się w naszych widełkach cenowych.