Tag Archives: Illinois

POL_9267

The Club i inne (pomniejsze) atrakcje

Wiele się słyszy o tym że nasi cudowni celebryci (głównie ci spłowiali) jadą na tournee po Ameryce.

Smutna prawda jest taka, że trasa koncertowa z reguły sprowadza się do grania w kilku tancbudach na peryferiach tudzież przygrywanie do kotleta w knajpach w polskich dzielnicach.

Najbardziej zaś elitarnym i przy okazji chyba największym (po tej stronie Atlantyku)  przybytkiem goszczącym nasze gwiazdy jest

POL_8957

Dlaczego tutaj?

Sam nie wiem, jest w Chicago coś takiego co nie pozwala o nim zapomnieć (i nie chodzi o sklep w polskiej dzielnicy).

Takie miasto totalne, w którym co krok można znajdować coś ciekawego. Architektonicznie powala – rzecz jasna mojej subiektywnej ocenie.

To właśnie przez niego i bliskich mieszkających tutaj niestety nie udało mi się odwiedzić (tym razem) blogowych bratnich dusz nad Niagarą za co jeszcze raz przepraszam!

Za to bardzo gorąco polecam ich bloga – bo choć wrócili ze swojego Sabattical Road Trip po północy kontynentu to jest co poczytać (i to w jakim stylu!).

Dwa w jednym

Do drugiej stolicy Polski dojechaliśmy dość późno, co zresztą nie wynikało z naszych błędnych kalkulacji (do tej pory na całodziennych trasach myliliśmy się o maks 15 minut), a z natężenia ruchu w sobotnie popołudnie. Korki były niesamowite (drogowcy wykorzystywali ostatnie dni wakacji) więc jazda wydłużyła się o dobrą godzinę – co nie jest bez znaczenia jeśli jedzie się na wymarzoną polską kolację do przyjaciół. Na szczęście gospodarze cierpliwi i nie zamknęli nam bufetu przed nosem 🙂 Ehhh jak dobrze było znów poczuć „nasze” smaki. Od czasów Nashville (muzyczne miasto kotleta schabowego) nie było okazji zjeść czegoś typowego dla naszego ziemniaczanego królestwa. Po drodze kilkakrotnie robiliśmy przymiarki ale w części miast gdzie coś z polską kuchnią teoretycznie istnieje to funkcjonuje z podobną częstotliwością jak pracuje pewien Inspektor Nadzoru Budowlanego na Dolnym Śląsku (dwa dni w tygodniu od 7 do 730). A że nie udawało się nam wpasować w kalendarz polskich garkuchni to i musieliśmy obejść się smakiem. Przy okazji jeśli ktoś chciałby zjeść kolację w polskiej knajpie w Portland to niech tam jedzie w weekend – informacja na stronie internetowej o rzekomym codziennym biesiadowaniu jest nieaktualna – inni przynajmniej pisali kiedy otwarte…
Po podrażnieniu kubków smakowych różnymi przysmakami, uspokojeniu się po obejrzeniu transmisji z obrony/ataku/przeniesienia/odsłonięcia/zasłonięcia krzyża i innych tablic w polskiej TV oraz spożyciu trudnej do zdefiniowania ilości zabronionych dla młodzieży trunków, mogliśmy się udać na spoczynek przed pracowitym kolejnym dniem…
No więc jak i drugiego dnia pojedliśmy i popiliśmy co rusz spoglądając na niesamowite zwroty akcji pod PP to ustaliliśmy, że być może dnia kolejnego ruszymy zobaczyć miasto 😀
Potrzebne nam było takie nieróbstwo bo dzień przed przyjazdem szukając noclegu wjechaliśmy nieopatrzenie na teren jakichś wyścigów motorowych – co wiązało się z tysiącami Harleyów – nie tyle na drogach co pod motelami w których i my szukaliśmy noclegu. No i tak się nieszczęśliwie złożyło, że poszukiwania trwały jakieś 5 godzin – podczas których przejechaliśmy kolejne 250 mil w stronę Chicago. Nierówna walka zakończyła się o 3 nad ranem – na szczęście sukcesem – a nie zaśnięciem za kierownicą…
Wracając do Chicago to centrum robi niesamowite wrażenie. Niestety już nie tak kompaktowe jak nasi ulubieńcy z zachodniego wybrzeża – ale mimo wszystko bardzo pozytywne w odbiorze.  Pełno mostów poprzerzucanych nad kanałami, trudny do opisania miks starych poprzemysłowych tworów z nowoczesnymi biurowcami. Na okrasę tego wszystkiego naziemna kolejka jaką pamiętaliśmy z filmów, parki i fontanny. Do tego potworny upał i ogromna wilgotność – to dla tych co myślą, że my tu lekko mamy 🙂
Bez większych problemów udało się nam dostać na 103 piętro już nie Sears Tower – choć w dalszym ciągu najwyższego budynku w Stanach, skąd widok może i nie najgorszy ale brakowało nam jakiejś fajnej ośnieżonej góry na horyzoncie – no i prośba do nowego właściciela aby jednak czasami myć szyby – bo to ponoć „deck” widokowy – a przez niektóre to trzeba było się domyśleć co widać. Furorę robiły całkowicie przeszklone balkoniki z pięknymi widokami pod stopami. Nie wiedzieć czemu wielu tam przebywających uciekało w popłochu jak zacząłem sobie podskakiwać na tej tafli szklanej. Cóż podłoga wytrzymała a rodzina będzie musiała żyć z tego co sami zarobimy bo odszkodowania nie będzie…