Tag Archives: Malezja

Wielkie żarcie

Trochę zdryfowaliśmy ostatnio w jakieś poważne tematy, a przecież w Malezji chodzi głównie o jedno:

O JEDZENIE! I to jakie!

Już wcześniej nasi przyjaciele z Sydney – zaklinali się jakim to rajem na Ziemi jest ta część świata pod względem kulinarnym.

Oni

Dziś będzie nieco na poważnie…

Nigdy nas kwestie wiary za bardzo nie wciągały, zwłaszcza tej odmiennej niż nasza. Stąd też pewnie wynika nasze zdezorientowanie w temacie muzułmańskim.

Żeby to nie było takie proste to jeszcze karmieni na co dzień wszechobecną propagandą, uczeni strachu bo terroryści, bo zamknięte środowisko, bo brak poszanowania kobiet, bo, bo, bo… wyrabiamy sobie mimochodem zdanie jakie inni chcą abyśmy mieli.

Pewnie dlatego z pewną niepewnością rozpoczęliśmy naszą eksplorację Malezji także pod kątem różnic kulturowych i religijnych.

Kraj to islamski ponad wszelką wątpliwość, ale równocześnie mocno postępowy w swym podejściu do innowierców i “obcych”. Z drugiej zaś strony czy ta “postępowość” rzeczywiście nią jest czy może wynika ze zdrowego rozsądku i nieco innej interpretacji Koranu to już kwestia bardzo subiektywnej oceny.

Dość powiedzieć, że niejednokrotnie byliśmy zaczepiani przez miejscowych “pasterzy” i wciągani w dyskusję o Islamie, Chrześcijaństwie i ich wzajemnym oddziaływaniu na siebie. O dziwo dyskusje te zawsze kończyły się bardzo pokojowo i uznaniem, że tak naprawdę jesteśmy w wielu kwestiach bardzo do siebie podobni.
Jasnym jest, że wszechobecne pozakrywane kobiety, mężczyźni patrzący nieco inaczej niż my na kobiety (o czym w ciekawy sposób napisano tutaj) są częścią tego innego świata, ale też nie wygląda on tak, że obwieszeni laskami dynamitu ekstremiści biegają po ulicach szukając zapalników z przeceny celem pokazania jednego z obliczy dżihadu.
Dlaczego jednego z? Bo ten najważniejszy dla każdego musli dżihad tzw. duży – to praca nad sobą – brzmi znajomo? a nie wysadzanie autobusów, porywanie samolotów czy inne akcje rodem z filmów prosto z Hollywood. Fakt, że paru kolesi z Al-Kaidy ma dobry Pijar, nieco wpływa na postrzeganie ich świata przez nas. Ale gdyby każdy z nich miał takie podejście to już dawno, żylibyśmy w rzeczywistości jak w Mad Max II, tymczasem nic takiego nie nastąpiło i pewnie nie prędko nastąpi.

Kilkukrotnie mieliśmy okazję odwiedzić kilka meczetów czy jedno z lepszych muzeów kultury islamskiej w KL. I to co w pierwszym momencie rzuca się nam w oczy to niesamowity spokój i cisza. Brak jest tu wszechobecnych obrazów umartwionych świętych, krwistych scenek rodzajowych z hinduskich czy buddyjskich świątyń, kapiących złotem zdobień, palących się świec i kadzideł. Jest jakoś tak…. jak chyba powinno być. Miejsce do zadumy i modlitwy, chłodne, ciche, przestronne. Fakt faktem to zrobiło na nas ogromne wrażenie i jakoś nie pasowało nam do walczących watah Talibów.

A wracając do ludzi to po raz kolejny przekonaliśmy się, że tu nie mieszkają terroryści (a przynajmniej nie w liczbie większej na 1000mieszkańców niż w Polsce), wcześniej podobną lekcję mieliśmy w US (gdzie ilość idiotów też była na porównywalnym poziomie jak w każdym innym miejscu na świecie)…

Kej eL

Tak się jakoś tutaj przyjęło, że nikt nie używa określenia Kuala Lumpur.

Mieszka się w Kej eL, jedzie się do Kej eL, bufony mieszkają w Kej eL i tak dalej.

Oczywiście każdy rasowy backpackers tutaj musi zawitać, pyknąć fotkę dwóch wież, kupić Tag Hojera na targowicy w Czajnatałn (Germańscy Najeźdźcy), do tego obowiązkowe klapki japonki (wszystkie nacje), torbę Sruczczi Guczczi (kobity), spodenki Bilabongi (Ci co to od urodzenia VB piją), Lakosty z dermy (Silwuple) i koszulki Starbaksa czy Hardrok Kafeja z każdego miejsca na Ziemi (nie wiem kto). My oczywiście zapodaliśmy klapki jednorazówki renomowanej firmy na Q, które to po rabatach stały się naszą własnością już za 10 ringidingidingida – co prawda w kolejnej miejscowości identyczne małżonka zakupiła za rigidigidigida sztuk trzy i to w normalnym sklepie bez targowania – ale do tego czasu zakup mój uchodził za sukces negocjacyjny.

Oczywiście na chińskim “pasażu” ceny jedzenia razy trzy w stosunku do tego co udało się nam zakupić w ścisłym centrum  – jakiś rzut bumerangiem od wejścia do słynnych wież.

Ale wiadoma rzecz, wypada tutejsze szczury oglądać jak łażą po wszystkim wokół, kupować owoce w cenie x2 w porównaniu do lepszych supermarketów i wąchać wszechobecny durian. Bycie plecakowcem nobilituje i się człowiek nie będzie ośmieszał łażąc po miejscach innych niż Czajna i stacja metra przy Petronas Towers.

My niestety wiele straciliśmy mieszkając w chrześcijańskim schronisku dla kobiet (sic!) gdzie mężczyzn innych niż z małżonką bądź dzieckiem (i nie mówimy o 15letniej Tajce) się nie wpuszcza. Na dodatek miejsca takie jak te nie działa jak magnes dla naszej australijskiej przyjaciółki z poprzedniego wpisu tak więc Nuda Panie! I to prze-okrutna – nawet bed bugs nie było 🙁

I nie wiedzieć czemu tak się nam jakoś dobrze zrobiło tutaj, że przez 5 dni nawet nie zaczęliśmy szukać właściwego dworca aby się ewakuować w inne rejony Malezji.

Oczywiście przez cały ten czas planowałem zrobić sobie fajoskie zdjęcie wież ale przekładanie wyjazdu z dnia na dzień nie wróżyło sukcesu w tej materii. Co prawda ambicje były silne bo każdy co był to se fajnego obrazka trzasnął – a wiadomo Polak nie może pozwolić, żeby znajomy (tym bardziej dobry) miał coś lepszego. No ale ja im jeszcze pokaże!

W sumie mieliśmy tutaj jeszcze wrócić – tak więc kto wie?

Zdrowy sen…

… to połowa sukcesu, druga połowa to szczęście ale po kolei:

– Jezu, ale meksyk pomyśleliśmy (z małej bo Meksyk jest jak najbardziej OK) jak wysiedliśmy z autobusu rejowego Singapur-KL. Już autobus był jakiś taki “inny” niby przestronny (coś jak argentyńskie semi cama) ale bez wygódki na pokładzie – a pięciogodzinna podróż z dzieciakiem może przeróżne atrakcje przynieść. Obawy nasze rozwiała załoga autobusu, która to robiła sobie przerwy wypoczynkowe co jakieś półtorej godziny, tak więc i pasażerowie mogli skorzystać. Co prawda w autobusie wyprowadziła nas z równowagi jakaś australijska uchlana backpakerska wywłoka próbująca coś bąkać o fuckin’ holiday widząc że siadamy w rzędzie przed nią z Martą. Jako, że my ludzie kulturalni i obyci to tylko głowa rodu wzbiła się na wyżyny swoich anglosaskich umiejętności językowych i puściła dość rozbudowaną (się człowiek osłuchał “w świecie”) propozycję co ma sobie zrobić, ile razy i jak głęboko w mojej okrężnicy są jej “holiday”. Poskutkowało, bo się dość szybko przesiadła w najdalsze możliwe miejsce w busie.Pewnie sprytny adwokat znalazłby tam z piętnaście gróźb karalnych  – no ale do dzisiaj pozew żaden nie wpłynął:)

Wracając do rzeczy wysiadamy sobie zadowoleni na dworcu w KL i …. kurde to nie ten dworzec… Delikatnie wypytuję paniusię na stoisku gastronomicznym czy my przez przypadek do jakiegoś innego miasta nie zajechaliśmy – ale jednak jesteśmy w KL. “Nasz” dworzec ponoć nie istnieje. Czyli cały nasz misterny plan wziął w łeb.

Po czterech litrach potu wylanego podczas poszukiwania hostelu poddaję się i ładujemy się w taksówkę (zdzierca wziął od nas dwie dychy <w Warszawie za tyle to nawet uczciwy nie pojedzie>) i potelepaliśmy się Protonem do YWCA. Na szczęście pokój był i to całkiem spory, całkiem niedrogi i z klimatyzacją co najważniejsze. W pierwszym momencie mieliśmy lekkie ataki agrofobii (po naszych 0,0005m2 w Singapurze) ale udało się przyzwyczaić.

Jak przystało na białych turystów nastawiliśmy klimę na min i zastygliśmy w bezruchu do samego rana…

Bo rano zaplanowana była akcja bilet na kładkę w Petronas Tower. Przemądry nasz bowiem przewodnik informował nas o możliwości zdobycia jednego (a właściwie trzech) spośród 1640 bezpłatnych biletów. Jako, że periodyk ten był świeżutki bo datowany na 2011 rok to nie mieliśmy obaw co do prawdziwości tych danych. To, że dworzec Puduraya, na który i z którego można się wszędzie dostać, ponoć nie istniał pomijam bo nawet najlepszym zdarzają się drobne błędy. A wysoce wyspecjalizowane ekipy backpackerskich autorów tegoż australijskiego bestsellera mogą się czasami delikatnie minąć z prawdą – np podróżując w stanie w jakim była ich rodaczka – co to sobie ucięliśmy miłą konwersację w języku obcym.

Przyznać trzeba, jedna informacja była prawdziwa – należało stawić się po bilety rano. Jako, że zasnęliśmy snem sprawiedliwego dnia poprzedniego to i budzik pokazał ludzką twarz dzwoniąc cichuteńko, cichuteńko. Dość powiedzieć, że zakupiłem jedne z ostatnich biletów na godzinę 16tą. Godzina o tyle niefortunna bo tak mniej więcej włączały się deszczownice zainstalowane w nisko zawieszonych chmurach. Schemat każdego dnia był taki sam (jak się przekonaliśmy) 15-16 zaczyna lać/ przestaje koło 20tej.

Jako, że coś należało zrobić z tak miło rozpoczętym dniem to uderzyliśmy na szoping do centrum handlowego umiejscowionego na pierwszych kondygnacjach słynnego wieżowca, przyznać musimy dwie rzeczy – po pierwsze Złote Tarasy są dużo lepiej zaopatrzone (np. występują buty dla 3 latki w każdym fasonie) a po drugie dużo tańsze (!!!). Tak więc szoping jak szybko się zaczął tak szybko się zakończył. Sprawdziliśmy czy przez przypadek nasi znajomi nie wiszą wciąż w galerii i udaliśmy na jedyny bezpieczny plac zabaw jaki namierzyliśmy w Malezji. A był naprawdę duży, dla osób stetryczałych i zastanych (znaczy nas) przejście z jednego końca na drugi kończyło się migotaniem przedsionków (wg miary amerykańskiej było 100/100 <F/%>). Oczywiście Marcie temperatury nie przeszkadzają (wystarczy, że mieszczą się w widełkach od -20stC do +40stC), ale w końcu udało się ją zaciągnąć na “atrakcyjny mostek” co to tata z narażeniem (snu) pojechał rano kupować/dostawać.