Tag Archives: marta

POL_8167

W kratkę (kraina)

Obiecałem sobie, że relacje z poprzednich wakacji skończę nim się kolejne rozpoczną…
Przed rodzinnymi udało się zdążyć, co prawda był jeszcze wyjazd służbowy ale jako taki po pierwsze primo się nie liczy a po drugie primo będzie o nim niedługo – przy okazji jako taka chronologia będzie zachowana.

Po całym tym narzekaniu na polskie wybrzeże wypada też uczciwie przyznać, że miejsc tam sporo takich, gdzie mimo wszystko warto pojechać i odpocząć od dzikiego tłumu się da (za to brzęczenie komarów nie ustaje). Co ważne od stolic tandety wszelakiej miejsca te są nie dalej jak kilkadziesiąt kilometrów – śmiało więc można plan krajoznawczy uskutecznić jednego dnia.

budda i takie tam…

Jak na konserwatywną, radykalną, tradycyjną i Bóg (do wyboru który) raczy wiedzieć jaką część Malezji Kelantan nie zachwycił nas swoim islamskim klimatem – ot nieco szczelniej pozakrywane kobiety i… w sumie tyle – nie było tej niesamowitości porannych śpiewów nawołujących do modlitwy, nie było tej niesamowitości ciszy i spokoju w meczetach było za to całe multum świątyń innego rodzaju. Oczywiście królują tutaj świątynie buddyjskie z motywem przewodnim występującym w przeróżnych pozach, a to siedzącej, a to leżącej, a to stojącej czy też z jakimś smokiem wijącym się po podwórku.
Tak czy inaczej pokrążyliśmy nieco po okolicy – przy okazji pozwalając Marcie popuszczać bańki z kumplem z klasztoru.

mam 3 (TRZY) lata

„Ma się ten gest” – pomyślał przywódca stada
zorganizujmy urodziny córce na Fiji!!!

tak to może wyglądać z boku – ale z drugiej strony jeżdżenie po Świecie powoduje wiele fajnych zbiegów okoliczności. Tak więc:
rocznicę ślubu obchodziliśmy nad Wodospadami Iguazu
imieniny Pani Domu w Mendozie
imieniny Pan Domu w Nowej Zelandii (z nieco spóźnionym prezentem na Shootover River)
urodziny obojga rodziców w Sydney – gdzie oglądaliśmy fajerwerki noworoczne

Raczej trudno byłoby wskazać jakieś „niefajne” miejsce z naszej podróży – więc łatwo o takie miłe „zbiegi okoliczności”.

Ale wracając do NAJWAŻNIEJSZEJ!!! Złożyło się tak właśnie, że swój wielki dzień trzecich urodzin obchodziła właśnie na jednej z wysepek Yasawa. Wielki bo to chyba pierwsze urodziny dziecka, które potrafi ono (przynajmniej z naszych obserwacji) w pewien sposób zrozumieć (częściowo) i aktywnie w nim uczestniczyć. Tak więc dzięki przemiłej obsłudze na wyspie gdzie dane nam było spędzać TEN DZIEŃ pomogli nam oni zorganizować uroczystość – wraz z odśpiewaniem Happy Birthday po angielsku i fidżyjsku, mini tortem i prawdziwie królewskim obiadem urodzinowym 🙂

Marta ma głos

No i skończyła się nasza południowo-amerykańska “krucjata” 4 miesiące starczyło raptem na odwiedzenie czterech krajów – z których w jednym zabawiliśmy nieco dłużej (Argentyna). Ten wydawać by się mogło długi czas – z ledwością starczył na zobaczenie kilku atrakcji i takie zwyczajne “bycie tu”. Ruszamy na Rapa Nui, która to niby też południowo amerykańska – ale mamy swoje zdanie na ten temat, podobnie jak spotkany swego czasu w Nevadzie przemiły Kalifornijczyk, który niemal nas przekonał, że to Mont Blanc a nie Elbrus jest najwyższym szczytem Europy. A obecny stan rzeczy jest tylko i wyłącznie odbiciem ego pana Messnera 🙂
Przez ten czas wiele się zmieniło – a największa odnotowana zmiana to nasza córka. Przyznać musimy, że rośnie nam mistrz ciętej riposty, ściemniacz, kombinator i cwaniak.

Najgorsze jest to, że za nic w świecie nie wiemy skąd jej się to bierze. Ojciec spokojny, matka poukładana…
Staraliśmy się kilka z jej refleksji zanotować – bo pamięć ulotna strasznie w naszym wieku. Mam nadzieję, że po przeczytaniu – nikt już z dzieckiem nie wyjedzie 🙂

mamy więc dwie kategorie – pierwszą z grubsza możemy nazwać złote myśli:

.

główka pracuje:

I on ma taki NACISK na plecach, taki specjalny różowy jak flaming…..i jak go nacisnę – ten nacisk różowy to mi urosną takie skrzydła i będę latała. (rzecz się działa w Buenos Aires gdzie mieszkaliśmy dość wysoko i mieliśmy balkon – więc musiałem z nią negocjować – by pierwszy lot spróbowała robić w pokoju i to w obecności jednego z rodziców)

tak mnie naszło….

Podróż z małym człowiekiem to dość skomplikowana sprawa. No bo jak zapanować nad takim małym obywatelem i na dodatek wytrzymać to nerwowo.
Są różne teorie na temat wychowywania dziecka. Są też przez psychologów opisane i ładnie nazwane różne schematy zachowań małoletniego. Tyle teorii, bo praktyka jest zupełnie do niej nie przystająca.
Żeby podróż taka mogła dojść do skutku, niezbędnym jest odpowiednie zabawienie malucha.  Od razu napiszę, że dodawanie zabawek nie dość, że nieskuteczne to jeszcze uciążliwe bo cały ten kram trzeba nosić ze sobą. W naszej podróży sprawdza się raptem parę maskotek, jeden „demoralizator” zakupiony jeszcze w Stanach i parę dodatków typu książeczki, blok rysunkowy, farbki i kredki.
Szał na te dwie ostatnie pozycje zaczął się zaraz po przybyciu do USA i na chwilę obecną wciąż jest u łask. Co prawda Marta nie jest typem malarza pokojowego tak więc oszczędza ściany za to preferuje rysowanie/malowanie przede wszystkim na swoich kartkach, tudzież uprawianie body painting. Niestety skłonności do tego drugiego rosną z dnia na dzień.
Najbardziej wdzięcznym obiektem do malowania jest oczywiście tata, który przyjmuje wszelkie formy artystycznej ekspresji ze stoickim spokojem. No i właśnie za to zapłacił już parokrotnie – a to dlatego, że farbki zakupione w BsAs okazały się nie do końca zmywalne. Tak więc musiał paradować z pomalowanymi paznokciami u nóg i tego typu historie.
Można też wykorzystywać wspominany wcześniej „demoralizator” – czyli odtwarzacz dvd – na którym do bólu można oglądać nieśmiertelnego Papaya.
Jak jednak wskazuje doświadczenie, najlepsze są zabawki innych dzieci, bądź rzeczy w niczym zabawek nie przypominające 🙂
Tutaj królują kwiatuszki i listki – i nie ważne jakiej są wielkości, grunt to dzierżyć je w dłoni z dumą i należytym szacunkiem.
Niestety maluchowi ciężko pojąć, że taki kwiatuszek ma bardzo krótki żywot, stąd pretensje że zwiądł. Stara się też taki mały człowiek zgromadzić odpowiednio imponującą kolekcję (najlepiej imponujących) liści – ale to chyba temat na osobny wpis 🙂
Inną rzeczą mogącą zabawić nasze dziecko są zwierzęta. Tutaj rozmiar nie ma znaczenia 🙂 Pobobają się krowy, konie, słonie, żyrafy oraz mrówki, gąsienice i pająki. Jest to o tyle niebezpieczne, że mały człowiek nie postrzega tego wszystkiego jako potencjalne niebezpieczeństwo a jako zabawkę.

No i oczywiście gwóźdź programu a raczej kamień programu to kawałek czegoś ciężkiego, najlepiej w ilościach hurtowych i już perfekcyjnie jak występuje nad jakimś zbiornikiem wodnym (kałuża łapie się do tego kryterium). Można podnosić  i rzucać w otchłań. Jeśli rozmiar wyklucza możliwości fizycznego dźwignięcia przez małoletnią – do akcji włączany jest ojciec. Niestety po dwóch wrzuconych wspólnie kamieniach latorośl bez wahania wskazuje na najbliżej położony głaz (tak na oko 5 ton waży to co wystaje nad ziemię) i prosi o pomoc…..

W modzie są też karuzele, place zabaw (o tym już było) no i nasze buty….

ciąg dalszy miasta na S.

Żeby nie być gołosłownym to krótka relacja z obserwacji jak dzieci się bawią w Children’s Museum – oczywiście należy zaznaczyć, iż moja obecność na niektórych zdjęciach jest uzasadniona – gdyż musiałem latorośli wyjaśnić – jak to “robi” 😀 Absolutnie nie czerpałem, żadnej przyjemności z puszczania piłeczek ping-pongowych w przezroczystych kanałach, nie interesowały mnie również ustrojstwa zbudowane z sieci rur z wodą i dziesiątkami przycisków do uruchamiania poszczególnych pomp. Samodzielne budowanie z rurek torów dla ww piłeczek również było do bani 🙂 I nie mam pojęcia co te dzieciaki w tym widzą 🙂 Jaką przyjemność mają np. z przebrania się w kompletny mini-strój strażaka, bycia kierowcą autobusu i samodzielnie go zatankować,  ewentualnie zwiedzania chińskiej dzielnicy, czy też np. sklepu z materiałami budowlanymi – gdzie nie ma rzeczy typu ” NIE DOTYKAJ, ILE RAZY MAM CIĘ PROSIĆ”. Były też inne sklepy, szlak górski z kamieniami pod którymi można było zobaczyć co czycha na nieboraka wtykającego nos w nie swoje sprawy, jakieś krzywe zwierciadła,  mnóstwo zajęć plastycznych dla dzieciaków, domki z postaciami z bajek itd itp. Tak jakby nie można sobie było najnormalniej w świecie powisieć na trzepaku, zapalić z kumplami papieroska w bramie czy pobawić się w doktora 🙂

Pababaw – TAM!!!

Jest taka rzecz, którą nasza pociecha wypatrzy ze swojego fotelika nawet półprzytomna, zaspana bądź zajęta swoimi sprawami. Ta RZECZ to Plac Zabaw.
Obywatelka Rzeczypospolitej ma mianowicie takie hobby (co w jej wieku zrozumiałe), żeby kolekcjonować wspomnienia z takich przybytków.
Po pustyni “PlacoZabawowej” w Meksyku, Stany jak już w komentarzu napisał Hubert dbają o to żebyś się dobrze bawił ze swoim dzieckiem.
Nawet odludne mieściny na Alasce zapewniają kilka huśtawek i zjeżdżalnie, z których nasza Marta nie wahała się skorzystać 😀
Jest to też jeden z powodów dla, których nasz program wyjazdu jest taki a nie inny i dla wielu podróżujących wydawać się może, że słabo wykorzystujemy czas.
Co zrobić, każdy z naszej trójki ma trochę inne potrzeby i wszystkie musimy zaspokajać 😀
W tym miejscu musimy trochę ponarzekać na przewodniki (akurat LP), że bardzo po macoszemu traktują kwestię małolatów, tak jakby ludzie nie podróżowali z dziećmi, albo te od drugiego roku życia interesowały się zabytkami i chodzeniem po górach. No cóż chyba są ważniejsze grupy odbiorców takich periodyków…

bejbuś on board

Miejsce: wnętrze samochodu gdzieś w Utah, jedziemy do North Rim

Uczestnicy: Tata, Mama i Bejbuś aka Diabełek Tasmański

Ładne widoki za oknem, my podziwiamy, Bejbuś zajęty swoimi sprawami.

Nagle krzyk na tylnym siedzeniu:

DT> AAAAAAAAA!!!!!!!!!!

M> Co się stało Kochanie?

DT> AAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!

M> Martusiu powiedz co się stało, boli Cię coś?

zoooo

nastała pora reraksu i razem z naszą latoroślą wyskoczyliśmy do miejskiego zoo

miła to odmiana od zatłoczonego centrum – mimo że w niedziele również masa miejscowych idzie do parków i zoo (które jest za darmo – tyle że niektóre ekspozycje są dodatkowo płatne np. płazy, owady, część ptaków itp.) Jest tu i kawałek cienia, i ławeczki dla zmęczonych no i oczywiście milion straganów ze wszystkim 😀

T5

ze względu na zaciszną i świetną komunikacyjnie miejsówkę w Londynie – a właściwie już na Heathrow dość wcześnie byliśmy na terminalu. Ponieważ mało-co nie zepsułem automatu do self check-in to udaliśmy się do przemiłej Pani przy stanowisku A-ileśtam (z tablicy jasno wynikało że lot do Meksyku obsługują stanowiska od B do E 😀