Tag Archives: mexico city

Street life

To ostatni zaległy post z Meksyku – nie do końca wiem dlaczego się nie opublikował

Dotarliśmy tutaj w nocy 7 maja, ulica wyglądała na opustoszałą, kiedy jednak nastał dzień również i jej “luźny” charakter odszedł w zapomnienie.

Na ulicy kupisz wszystko, jedzenie, ubrania, płyty, wiertarkę, biżuterię, wycieczkę itd, do tego dochodzą sklepy, które przyciągają klientów ogromnymi głośnikami, których mocy nie wahają się użyć 😀

Skutek tego jest taki, że panuje tutaj ogromny hałas, do którego ciężko się przyzwyczaić (choć muszę przyznać, że dla mnie Mexico City jest naprawdę ciekawym miejscem – choć reszta wycieczki tej opinii nie podziela).

Pewnego dnia popołudniu zaczął padać dość intensywny deszcz, odetchnęliśmy z ulgą na myśl o chwili ciszy i spokoju – nic z tego już po 2 minutach było dwóch wyspecjalizowanych handlarzy peleryn i parasoli 😀

Dzwonnica

Czy dwulatka może mieć zachcianki “turystyczne”? Nasza najwidoczniej tak bo przez trzy dni z uporem maniaka dopominała się o “wdlapanie” się na wieżę która robi “bim bam”. Na początku myśleliśmy, że to minie ale uparciuch z niej straszny więc nie było mowy.

Wejście na wieżę o tyle ciekawe, iż standardy bezpieczeństwa są tu nieco “inne”, można sobie swobodnie biegać po dachu jednego z najważniejszych zabytków Meksyku i nikt nie robi z tego powodu niepotrzebnego zamieszania. Na dodatek ilość barierek jest ograniczona do niezbędnego minimum 😀 Co akurat w niczym nie przeszkadza bo jak we wszystkim najważniejszy jest zdrowy rozsądek.

Zocalo

zoooo

nastała pora reraksu i razem z naszą latoroślą wyskoczyliśmy do miejskiego zoo

miła to odmiana od zatłoczonego centrum – mimo że w niedziele również masa miejscowych idzie do parków i zoo (które jest za darmo – tyle że niektóre ekspozycje są dodatkowo płatne np. płazy, owady, część ptaków itp.) Jest tu i kawałek cienia, i ławeczki dla zmęczonych no i oczywiście milion straganów ze wszystkim 😀

terror w metrze

No i było pierwsze migotanie przedsionków dzisiaj…

jedziemy sobie zadowoleni z siebie w metrze (całe 3pesos za wejście na peron), oczywiście gorąco jak w piekle – ale wentylacja robi robotę czyli wytwarza taką wichurę, że łby urywa, na dodatek robi tyle hałasu, że nie ma się siły myśleć o temperaturze. Stoimy sobie bladzi i dumni (zwłaszcza to pierwsze bo mnie to sobie małe Latynosy palcami pokazują =>przystojny znaczy się 🙂 )

a obok stoi jakaś taka niewyraźna kobitka wieku nieokreślonego i majstruje z jakimiś kabelkami w plecaku, myślę sobie pewnie jej jakiś kabelek z walkmana się wypiął, ale nie coś długo to trwa więc zapuszczam żurawia (o co nie trudno bo przy moich 187cm i tak wystaje o pół głowy nad resztę społeczeństwa) i widzę, że ona tam ma jakiś mały akumulator i przy nim te kabelki nawija. Kolejny przebłysk inteligencji wyuczonej na stacjach telewizyjnych i wszystkich odcinkach “Szklanej Pułapki” mówi – na bank terrorystka. Wszystko pasuje, indiańskie rysy (może jakaś zapatyska bojowniczka z Chiapas??), plecak wyładowany jakimś dziwnym towarem w czarnych foliowych torebkach, do tego te kable, drżące dłonie próbujące podłączyć zapalnik….

i nagle jak nie ryknie z plecaka Disco-Mexo, a ona radośnie przekrzykując te decybele z plecaka wymienia cały repertuar jaki ma w sprzedaży i cenę przy, której ruskie ze stadionu X-lecia to zdziercy.

jak tylko przeszła dalej to zaraz pojawił się następny i następny, i jeszcze jeden, i taki z latarkami, i taki z lizakami, i z wymiętolonymi gazetami, i z BógRaczyWedziećCzymJeszcze…