Tag Archives: ny

IMG_0508-2

Stałe fragmenty gry

Jaki NY jest każdy widzi, rzec można. Wielkie skupisko drapaczy chmur, tłok na Times Square, szklany boks Apple’a przy Central Park czy widok z Top of The Rock to oklepane miejsca, gdzie tym prawdziwym podróżnikom nie wypada bywać. Całe szczęście (bo lubię (też) takie masówki, które zresztą nie bez powodu na listę must see się dostały) moja osoba, się do takowych indywiduów nie zalicza i rzecz ujmując delikatnie ma głęboko gdzieś co inni myślą na ten temat.

Japko

Streszczając to co myślimy o tym mieście: nie lubie, nie lubie, nie lubie.

O tak po prostu za nic się nie mogę przekonać do tego miasta. Potwornie zakorkowane, znalezienie miejsca do zaparkowania (które kosztuje krocie za godzinę – jedna kroć = dycha) graniczy z cudem. Tłum ludzi jest wprost nie do opisania. Łażą i łażą zamiast posiedzieć w domu przed telewizorem. Na dodatek obowiązują zupełnie odmienne przepisy ruchu drogowego niż w innych miejscach w stanach -więc trzeba się przestawić z PrzechodniaSpacerowicza na PrzechodniaPróbującegoPrzeżyć.  Kondycja dróg przypomina tą z warszawskiego Śródmieścia – jednym słowem mogliśmy się poczuć jak w domu. Do tego wszystkiego smród, brud, żebracy i reklamy świetlne.
Pewnie w całym tym szaleństwie jest metoda jednak przeciskając się ulicami Manhattanu z dzieciakiem ciężko nam było ją odnaleźć.

Zapewne są dzielnice spokojniejsze i bardziej klimatyczne – jednak mając tylko 4 dni pozostaliśmy przy Manhattanie i Brooklynie, które tylko „wyrywkowo” zobaczyliśmy. A to co widzieliśmy pozwala nam autorytatywnie stwierdzić – Masz małe dziecko? Kochasz je? Nie jedź!
„Spacerując” po NY nietrudno zauważyć ogromny miks kulturowy, wszystkie rasy w jednym miejscu, wszystkie religie w najróżniejszych odcieniach, które bez większych zgrzytów współżyją ze sobą. Tak to przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka. Wstyd się przyznać ale wciąż mamy odruch Polaka poza granicami kraju – to znaczy łepetyna nam się kręci wokół tułowia. Walczymy z tym i jest coraz lepiej choć łapiemy się na tym.

Jako, że jeździć się nie da – znaczy z samą jazdą nie jest najgorzej – tyle, że dobrze by było się zatrzymać u celu – a to nie jest możliwe z powodów opisanych w akapicie pierwszym – to jako środek transportu wybieraliśmy metro. Szybkie sprawne i równie syfiaste jak to w Paryżu 🙂 Co prawda w stolicy Francji byłem już ładnych parę lat temu ale wówczas wrażenie robiło przygnębiające. Londyńskie, meksykańskie, wiedeńskie czy berlińskie o warszawskim nie wspomnę biją na głowę pod względem czystości zarówno nowojorskie jak i to wcześniej wspomniane. Metro mocno zagmatwane bo i mapek niewiele, i oznaczenia raczej kiepskie, na dodatek zdarzyło się nam że “nie stanął” na naszej stacji – choć to może i dobrze bo była okazja zobaczyć coś spontanicznie 😀

Przy okazji podróży metrem podpatrzyliśmy i oferujemy się pomysł ten sprzedać dalej, najlepszy (bo najtańszy) sposób błyskawicznego zwiększenia linii metra w naszej stolicy. Wystarczy puścić po tych samych torach 3 linie:
A – turystyczną – staje wszędzie jak i ta dotychczasowa
B – ekspresową – 4 przystanki na całej trasie
C lub imienia jakiegoś radnego, który będzie umiał tak zachachmęcić, że linia B stanie obok bloku w którym okazyjnie kupił parę mieszkań na wynajem 😀