Tag Archives: podróż z dzieckiem

POL_8167

W kratkę (kraina)

Obiecałem sobie, że relacje z poprzednich wakacji skończę nim się kolejne rozpoczną…
Przed rodzinnymi udało się zdążyć, co prawda był jeszcze wyjazd służbowy ale jako taki po pierwsze primo się nie liczy a po drugie primo będzie o nim niedługo – przy okazji jako taka chronologia będzie zachowana.

Po całym tym narzekaniu na polskie wybrzeże wypada też uczciwie przyznać, że miejsc tam sporo takich, gdzie mimo wszystko warto pojechać i odpocząć od dzikiego tłumu się da (za to brzęczenie komarów nie ustaje). Co ważne od stolic tandety wszelakiej miejsca te są nie dalej jak kilkadziesiąt kilometrów – śmiało więc można plan krajoznawczy uskutecznić jednego dnia.

Oni

Dziś będzie nieco na poważnie…

Nigdy nas kwestie wiary za bardzo nie wciągały, zwłaszcza tej odmiennej niż nasza. Stąd też pewnie wynika nasze zdezorientowanie w temacie muzułmańskim.

Żeby to nie było takie proste to jeszcze karmieni na co dzień wszechobecną propagandą, uczeni strachu bo terroryści, bo zamknięte środowisko, bo brak poszanowania kobiet, bo, bo, bo… wyrabiamy sobie mimochodem zdanie jakie inni chcą abyśmy mieli.

Pewnie dlatego z pewną niepewnością rozpoczęliśmy naszą eksplorację Malezji także pod kątem różnic kulturowych i religijnych.

Kraj to islamski ponad wszelką wątpliwość, ale równocześnie mocno postępowy w swym podejściu do innowierców i “obcych”. Z drugiej zaś strony czy ta “postępowość” rzeczywiście nią jest czy może wynika ze zdrowego rozsądku i nieco innej interpretacji Koranu to już kwestia bardzo subiektywnej oceny.

Dość powiedzieć, że niejednokrotnie byliśmy zaczepiani przez miejscowych “pasterzy” i wciągani w dyskusję o Islamie, Chrześcijaństwie i ich wzajemnym oddziaływaniu na siebie. O dziwo dyskusje te zawsze kończyły się bardzo pokojowo i uznaniem, że tak naprawdę jesteśmy w wielu kwestiach bardzo do siebie podobni.
Jasnym jest, że wszechobecne pozakrywane kobiety, mężczyźni patrzący nieco inaczej niż my na kobiety (o czym w ciekawy sposób napisano tutaj) są częścią tego innego świata, ale też nie wygląda on tak, że obwieszeni laskami dynamitu ekstremiści biegają po ulicach szukając zapalników z przeceny celem pokazania jednego z obliczy dżihadu.
Dlaczego jednego z? Bo ten najważniejszy dla każdego musli dżihad tzw. duży – to praca nad sobą – brzmi znajomo? a nie wysadzanie autobusów, porywanie samolotów czy inne akcje rodem z filmów prosto z Hollywood. Fakt, że paru kolesi z Al-Kaidy ma dobry Pijar, nieco wpływa na postrzeganie ich świata przez nas. Ale gdyby każdy z nich miał takie podejście to już dawno, żylibyśmy w rzeczywistości jak w Mad Max II, tymczasem nic takiego nie nastąpiło i pewnie nie prędko nastąpi.

Kilkukrotnie mieliśmy okazję odwiedzić kilka meczetów czy jedno z lepszych muzeów kultury islamskiej w KL. I to co w pierwszym momencie rzuca się nam w oczy to niesamowity spokój i cisza. Brak jest tu wszechobecnych obrazów umartwionych świętych, krwistych scenek rodzajowych z hinduskich czy buddyjskich świątyń, kapiących złotem zdobień, palących się świec i kadzideł. Jest jakoś tak…. jak chyba powinno być. Miejsce do zadumy i modlitwy, chłodne, ciche, przestronne. Fakt faktem to zrobiło na nas ogromne wrażenie i jakoś nie pasowało nam do walczących watah Talibów.

A wracając do ludzi to po raz kolejny przekonaliśmy się, że tu nie mieszkają terroryści (a przynajmniej nie w liczbie większej na 1000mieszkańców niż w Polsce), wcześniej podobną lekcję mieliśmy w US (gdzie ilość idiotów też była na porównywalnym poziomie jak w każdym innym miejscu na świecie)…

Dzień jak co dzień – dziecka zresztą

Każdy rodzic wie, że pytając narażamy się na odpowiedź

tak też było jak zapytaliśmy Martę co chciałaby robić tego dnia, a ona odpowiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu:
– Do Akwarium, do Akwarium!!!

Weź teraz człowieku znajdź Akwarium w Kuala Lumpur (co akurat nie jest trudne). Z drugiej jednak strony po stosunkowo niedawnych wizytach w Auckland i Sydney – chyba mamy dość takich atrakcji.  Za to w pamięci wciąż tkwi Seattle z jego niesamowitym Children’s Museum – a ponoć niezły przybytek tego rodzaju znaleźć można w Petronas Towers.

Żal opuszczać klimatyzowany pokój bo pogoda lepka jak wczoraj, przedwczoraj, dwa, trzy i cztery dni temu 🙂 Przebijamy się więc przez chińską dzielnicę w malezyjskim mieście (pełną białych plecakowców) by dotrzeć do metra.

Już na miejscu obowiązkowa kolejka, zakup biletu, ładujemy się do wagonikai i ….

… rany to znów się dzieje, znów mamy po sześć lat. Jesteśmy operatorami koparki, pracownikami platformy wiertniczej, kosmonautami, projektantami rurki z kulką, kierowcami F1, odwiedzającymi Park Jurajski itd itp  😀 Marta prze-szczęśliwa – i choć przyznać musimy, że część rekwizytów jest dla starszych dzieciaków to bawi się świetnie w końcu dwójka sześciolatków pokazuje jej jak robi to i owo.

Kawałeczek dalej symulator lotu helikopterem (już do prawdziwego nie wsiądziemy po tym) i ławeczka na której można przeżyć trzęsienie ziemi, i hologramowe zabawki i setki innych rzeczy do zobaczenia, dotknięcia i poczucia na własnej skórze jak to jest.

Czas pędzi jak szalony i oczywiście zamknięcie lokalu następuje o dużo za wcześnie. Na szczęście mamy jeszcze parę dni więc wracamy po raz kolejny – już wcześniej i z przemyconymi w kieszeniach bananami (zakaz wnoszenia jedzenia).

Zdrowy sen…

… to połowa sukcesu, druga połowa to szczęście ale po kolei:

– Jezu, ale meksyk pomyśleliśmy (z małej bo Meksyk jest jak najbardziej OK) jak wysiedliśmy z autobusu rejowego Singapur-KL. Już autobus był jakiś taki “inny” niby przestronny (coś jak argentyńskie semi cama) ale bez wygódki na pokładzie – a pięciogodzinna podróż z dzieciakiem może przeróżne atrakcje przynieść. Obawy nasze rozwiała załoga autobusu, która to robiła sobie przerwy wypoczynkowe co jakieś półtorej godziny, tak więc i pasażerowie mogli skorzystać. Co prawda w autobusie wyprowadziła nas z równowagi jakaś australijska uchlana backpakerska wywłoka próbująca coś bąkać o fuckin’ holiday widząc że siadamy w rzędzie przed nią z Martą. Jako, że my ludzie kulturalni i obyci to tylko głowa rodu wzbiła się na wyżyny swoich anglosaskich umiejętności językowych i puściła dość rozbudowaną (się człowiek osłuchał “w świecie”) propozycję co ma sobie zrobić, ile razy i jak głęboko w mojej okrężnicy są jej “holiday”. Poskutkowało, bo się dość szybko przesiadła w najdalsze możliwe miejsce w busie.Pewnie sprytny adwokat znalazłby tam z piętnaście gróźb karalnych  – no ale do dzisiaj pozew żaden nie wpłynął:)

Wracając do rzeczy wysiadamy sobie zadowoleni na dworcu w KL i …. kurde to nie ten dworzec… Delikatnie wypytuję paniusię na stoisku gastronomicznym czy my przez przypadek do jakiegoś innego miasta nie zajechaliśmy – ale jednak jesteśmy w KL. “Nasz” dworzec ponoć nie istnieje. Czyli cały nasz misterny plan wziął w łeb.

Po czterech litrach potu wylanego podczas poszukiwania hostelu poddaję się i ładujemy się w taksówkę (zdzierca wziął od nas dwie dychy <w Warszawie za tyle to nawet uczciwy nie pojedzie>) i potelepaliśmy się Protonem do YWCA. Na szczęście pokój był i to całkiem spory, całkiem niedrogi i z klimatyzacją co najważniejsze. W pierwszym momencie mieliśmy lekkie ataki agrofobii (po naszych 0,0005m2 w Singapurze) ale udało się przyzwyczaić.

Jak przystało na białych turystów nastawiliśmy klimę na min i zastygliśmy w bezruchu do samego rana…

Bo rano zaplanowana była akcja bilet na kładkę w Petronas Tower. Przemądry nasz bowiem przewodnik informował nas o możliwości zdobycia jednego (a właściwie trzech) spośród 1640 bezpłatnych biletów. Jako, że periodyk ten był świeżutki bo datowany na 2011 rok to nie mieliśmy obaw co do prawdziwości tych danych. To, że dworzec Puduraya, na który i z którego można się wszędzie dostać, ponoć nie istniał pomijam bo nawet najlepszym zdarzają się drobne błędy. A wysoce wyspecjalizowane ekipy backpackerskich autorów tegoż australijskiego bestsellera mogą się czasami delikatnie minąć z prawdą – np podróżując w stanie w jakim była ich rodaczka – co to sobie ucięliśmy miłą konwersację w języku obcym.

Przyznać trzeba, jedna informacja była prawdziwa – należało stawić się po bilety rano. Jako, że zasnęliśmy snem sprawiedliwego dnia poprzedniego to i budzik pokazał ludzką twarz dzwoniąc cichuteńko, cichuteńko. Dość powiedzieć, że zakupiłem jedne z ostatnich biletów na godzinę 16tą. Godzina o tyle niefortunna bo tak mniej więcej włączały się deszczownice zainstalowane w nisko zawieszonych chmurach. Schemat każdego dnia był taki sam (jak się przekonaliśmy) 15-16 zaczyna lać/ przestaje koło 20tej.

Jako, że coś należało zrobić z tak miło rozpoczętym dniem to uderzyliśmy na szoping do centrum handlowego umiejscowionego na pierwszych kondygnacjach słynnego wieżowca, przyznać musimy dwie rzeczy – po pierwsze Złote Tarasy są dużo lepiej zaopatrzone (np. występują buty dla 3 latki w każdym fasonie) a po drugie dużo tańsze (!!!). Tak więc szoping jak szybko się zaczął tak szybko się zakończył. Sprawdziliśmy czy przez przypadek nasi znajomi nie wiszą wciąż w galerii i udaliśmy na jedyny bezpieczny plac zabaw jaki namierzyliśmy w Malezji. A był naprawdę duży, dla osób stetryczałych i zastanych (znaczy nas) przejście z jednego końca na drugi kończyło się migotaniem przedsionków (wg miary amerykańskiej było 100/100 <F/%>). Oczywiście Marcie temperatury nie przeszkadzają (wystarczy, że mieszczą się w widełkach od -20stC do +40stC), ale w końcu udało się ją zaciągnąć na “atrakcyjny mostek” co to tata z narażeniem (snu) pojechał rano kupować/dostawać.

Tygrys wchodu – od zaplecza

Wylot z Perth był dla nas niejako przełomowy. Był bowiem dużym krokiem w stronę domu, tym bardziej dużym, że pierwotnie cała trasa wpzs nie przewidywała Azji do zwiedzania.

Jako, że dwa kraje (jeden fajny, o drugim było w ostatnim poście) wydrenowały nasze konto to już wcześniej “się zmodyfikowaliśmy” tak aby zaoszczędzić miesiąc na Antypodach na rzecz Fiji i miejscagdzienaswogolenieciagnelo czyli Azji. I niech mi tu żaden malkontent nie pisze, że nie wiemy co to Azja, co tracimy i inne blablabla – bo fakt faktem, nie wiemy i jakoś przed przybyciem tutaj wcale a wcale nas nie ciągnęło w te strony. Nie uprzedzając jednak faktów – kiedyś magnesem dla nas była Australia i co z tego wyszło już napisałem.

Pewnie określenie Azja jest nieco na wyrost bo kraje wybraliśmy bardzo “normalne” czyli Singapur i Malezję (Maniek nam polecił).

Ponoć  “Azja” jest gdzie indziej – nie wiem, nie znam się, wolna sobota i te sprawy ale ostrzegam z geografii miałem zawsze najwyższą ocenę (nie będę pisał jaką bo się domyślą jak bardzo stary jestem) i według ówczesnych danych były one na tym właśnie kontynencie.

Co pozytywne to w obu dogadać się można po angielskiemu, angielkoskiemu, angohinduskiem a czasami nawet i po angielsku w przeróżnych odmianach – czyli jeden problem z głowy – nie to żebyśmy byli jakimiś poliglotami – ale znamy parę słów (znaczy w CV piszemy “dobra znajomość”).
Singapur jak to Singapur nie zaskoczył nas pogodą (akurat lało i wciąż było +32), za to przywitał nas tanimi taksówkami, zapachem jedzenia na ulicach, nieco przydrogim piwem i pokojem hostelowym o rozmiarze XXXS. Dość powiedzieć, że jako osobnik potężnie zbudowany i wyrośnięty mogłem (w pozycji wyprostowanej) poczynić tylko pół kroku od drzwi w kierunku najbardziej oddalonej ściany (kolankowej zresztą), a według norm budowlanych w naszym kraju jego powierzchnia wynosiła około 5cm2. Tak czy inaczej tańszego nie było 🙁

Upojna noc

Nareszcie – pomyśleliśmy wjeżdżając na teren Karijini National Park.

Słynie on ze swych urokliwych wąwozów i wijących się w nich strumyków, do tego dziesiątki wodnych kaskad i przyroda jakiej nie oglądaliśmy od ponad tygodnia przedzierania się przez Outback.
Wczesna jesień w tym rejonie ma bardzo stabilną pogodę (+35 w cieniu) więc gdy tylko dotarliśmy do jednego z wodospadów, natychmiast wskoczyliśmy do wody. Nie muszę pisać jak przyjemne to było.

Ghost town

Mapa Zachodniej Australii pełna jest zaznaczonych miejscowości, osad czy siedlisk z dopiskiem „opuszczone”. W chwili obecnej po większości jedyne co pozostało to taka właśnie informacja w atlasach i na mapach. Próżno dziś szukać w nich większych pozostałości niż kawałek muru fundamentowego.

Schemat niemal zawsze był ten sam.

Ogromny boom na wydobywanie surowców mineralnych pod koniec XIXw. Dziesiątki tysięcy przybyszów z całego świata liczących na polepszenie swojego losu. Przyjeżdżali z nie tylko z Irlandii i Anglii ale także z Włoch czy Jugosławii. Szybki rozwój, i gwałtowne ŁUP wywołane zakończeniem wydobycia…

Do jednego z takich miejsc w przysłowiowym “in the middle of nowhere” dotarliśmy. Dwie ostatnie spośród wcześniej wymienionych nacji dominowały w Gwalii. Położona nieopodal istniejącej do dziś Leonora, w latach swoje prosperity liczyła ponad 1500 mieszkańców. Tak było aż do 21go grudnia 1963 kiedy to z dnia na dzień zamknięto kopalnie „Son of Gwalia”. W niespełna 3 tygodnie liczba spadła do czterdziestu.
Na szczęście potomkowie mieszkańców włożyli sporo pracy w to by ocalić od zapomnienia to miejsce. Dziś większość z domów jest takim stanie w jakim były dzień po ich opuszczeniu. Dotarliśmy tutaj dość późno tak więc miękkie światło wieczoru jeszcze bardziej podkreślało klimat ghost town.

Dziura w ziemi

Są takie miejsca jakie zawsze chciałem zobaczyć. Jednym z nich była kopalnia odkrywkowa. Będąc w Newman nadarzyła się ku temu wyśmienita okazja. Znajduję się tu bowiem największa na świecie kopalnia odkrywkowa rud żelaza. Co prawda wycieczka organizowana przez Visitor Center ma dwie wady: po pierwsze nasza pociecha jest za mała na nią (przepisy wewnętrzne kopalni) a po drugie jest nieco rozczarowująca widokowo, bo punkt widokowy jest tylko jeden.
Na szczęście ilość informacji jakie przekazał nasz przewodnik imponująca.
Dla niektórych może to być nieco nudne – ostrzegam 🙂

No więc cudo to jest duże – liczy sobie 5 km długości i około 1,5km szerokości i wciąż rośnie w szerz i w dół – góra ścięta jest na dzień dzisiejszy o 135metrów
Sam surowiec ma bardzo wysoką jakość bo dochodzącą do 69% zawartość czystego żelaza w rudzie. W sumie to na tyle dużą, że aby sprostać oczekiwaniom rynku jest mieszany ze słabszym gatunkowo produktem… Obecnie wydobywa się go około 200mln ton rocznie i wciąż rośne by osiągnąć 300 mln ton na rok już za 4 lata.

Do wydobycia i transportu urobku na terenie kopalni służą ogromne koparki/ładowarki/wywrotki. Tych ostatnich jest 56 sztuk, masa pojedynczego waha się od 190 do 240 ton. Dla przykładu Jambo Jet gotowy do startu waży nie więcej niż 130 ton.
Koła na jakich się poruszają mają do 3,5m średnicy. Jedno waży około 5 ton. Nie wytrzymuje więcej niż roku eksploatacji i kosztuje trzydzieści tysięcy dolarów.
Cały sprzęt poruszający się po terenie kopalni wyposażony jest w odbiorniki GPS pozwalające lokalizować je z dokładnością do 10cm, przy okazji mają także system kontroli wagi i parametrów pojazdu. Wszystkie te parametry są wysyłane do Mine Control Room gdzie komputer przydziela im trasy celem maksymalnie optymalnego wykorzystania sprzętu. W tym czasie kierowca siedzi w klimatyzowanej kabinie słucha ulubionej muzyki na odtwarzaczu CD – kasując przy tym ponad stówkę rocznie 🙂

Do tego własna siłownia gazowa o mocy 105Megawatów (chyba dużo – bo ma w nazwie „mega”), jedna z najnowocześniejszych sortowni i kruszarni na świecie.

Wszystko to robi ogromne wrażenie – ale przy pociągach jakie z tym całym towarem jadą do portu to NIC.
Najdłuższy miał 7,3km składał się z 8 lokomotyw, 682 wagonów (jeden wiezie jakieś 125 ton urobku) a prowadził go – JEDEN człowiek…

Nim cały ten sprzęt zamieni się w sterowany komputerowo i bezosobowo polecam zainteresowanie się tematem zatrudnienia w BHP Billiton Iron Ore górnikom z Jastrzębskiej Spółki Węglowej bo zarobić można więcej (dużo), praca bezpieczniejsza (dużo) – a dzięki brakowi Waszych protestów – ja szybciej do roboty dojadę.

Pięć tysięcy trzysta pięćdziesiąt

Australia jest krajem wielkich przestrzeni – to nie podlega żadnej dyskusji. Jest krajem ogromnych pustkowi gdzie po horyzont nie ma na czym “zawiesić oka”. Jest też krajem, który tną ze znaczną prędkością ogromne ciężarówki. Jako, że ich rozmiar daleki jest od naszego “zdroworozsądkowego” wyobrażenia – to nazwano je Road Train. I ta nazwa naprawdę jest adekwatna do wielkości tych kolosów. Naoglądaliśmy się wielkich ciężarówek w USA, ale przy australijskich “tirach” – to jak “resoraki”. Przy długości dopuszczalnej (w Zachodniej Australii) 53 i pół metra i masie sięgającej 200 ton – jakakolwiek konfrontacja nie jest wskazana.
Niezmiernie rzadko podróżują one z dozwoloną prędkością – co wcale nie oznacza, że są zawalidrogami, wprost przeciwnie to chyba jedne z najszybszych pojazdów poruszających się po drogach outbacku.

W sytuacji takiej jak nasza – wyprzedzanie nie wchodziło w grę, i pewnie nawet po dodaniu kolejnych stu koni mechanicznych mielibyśmy z tym problem. Zdecydowanie bezpieczniej było zjechać nieco na bok jezdni by mogli w spokoju pędzić przed siebie. Raz nawet się zdziwiliśmy bo kierowca takiego zagadał nas na stacji paliw słowami:
– hej stary, skąd jesteście – bo na pewno nie z Niemiec? …..
To fakt – jadący z prędkością patrolową turyści – są największym utrapieniem dla pociągów drogowych. W sumie trudno się dziwić, rozpędzenie takiego zestawu mimo sześciuset konnego silnika trwa ładnych parę minut. A awaryjne hamowanie 200 ton nie należy do bezpiecznych manewrów.
Jako, że wszyscy nas ostrzegali przed zwierzętami na drodze to i o to zapytaliśmy – jak to jest i na ile przestrogi są realne. Gość z rozbrajającą miną powiedział, że kangur to żadne zagrożenie, nieco gorzej jest z krową lub ich stadem na drodze…
– a jak się cofa takim zestawem? – nie cofa się
– a ile czasu trwa sprawdzenie ciśnienia w kołach (86 sztuk) ? – nie wkurzaj mnie 🙂

Stąpając po niebie…

Po co my tu przyjechaliśmy? …. a zobaczyć sztukę.
To sztuka z rodzaju tych, których ja osobiście nie pojmuję i niewiele wskazuje na to bym ją kiedykolwiek pojął. Jakiś artysta był zeskanował zaawansowaną techniką kompjuterową 51 mieszkańców Menzies (całkiem duży odsetek ludności w tej miejscowości – która niespełna wiek temu liczyła ich ponad 10 tysięcy) następnie obrobił komputerowo ich sylwetki i jakimś sprytnym sposobem wykonał ich figury. Następnie zaś poustawiał je na sporym obszarze jeziora Ballard.
Największą zaś zaletą tej sztuki było jej położenie, zlokalizowana mniej więcej po drodze, a dojazd prowadził szutrową drogą długości ponad 50km. Po raz kolejny już zaobserwowaliśmy pewną prawidłowość – w miejscach takich – których teoretycznie odwiedzać nie wolno, najwięcej jest tych którzy postępują wbrew zapisom umowy najmu auta. W sumie na tym to polega – firmy wiedzą, że i tak pojedziesz „unsealed road”, a ty musisz robić tak żeby nikt Ci tego nie udowodnił 🙂 Sprawa jest prosta – turysta ma uciechę, że zrobił coś wbrew umowie, firma jest zadowolona bo turysta jechał po tej drodze z duszą na ramieniu nie szarżując na dodatek oddaje umyte auto.

Nas dwa razy przekonywać nie trzeba – w końcu nie od parady ma się polskie obywatelstwo.

Droga nauczyła nas jednego – nie włączać obiegu zamkniętego w aucie podczas jazdy po un-sealed road. Na początku przeczyło to mojej logice – ale jednak mieli racje ci co takiej właśnie treści naklejkę na szybie przykleili.
Tak naprawdę drogi bite w Australii są bardzo dobre – z wyjątkiem pory deszczowej kiedy to „rozjeżdżają się”. W suchszej części roku jedyną niedogodnością jest pewien afrykański wynalazek dość często spotykany także na polskich drogach. Na szczęście występuje on tylko miejscami, a nie jest normą na drogach po których jeździliśmy.