Tag Archives: south island

Zakrzywienie czasoprzestrzeni

Zefirek wiejący na południu przypominał nam Puerto Natales z tą jedną różnicą że zdecydowanie bardziej deszczowo było przy tym „dmuchaniu”.
Podróżowanie kamperem – dotąd przyjemne i bezstresowe* – zaczęło przejawiać oznaki walki o przetrwanie w tych warunkach. Podmuchy przestawiały nas to o metr w jedną to w drugą stronę na drodze, a potężny silnik kampera wył na najwyższych obrotach próbując wdrapać się pod najmniejszą górkę – jeśli tylko było pod wiatr – a dziwnym trafem niemal zawsze tak było. Gdy zaś jechaliśmy w dół to wiaterek decydował, żeby nam pomóc co nieco w tym – tak więc hamulce niemal się paliły. Już mieliśmy sobie dać na luz i przeczekać kiedy na horyzoncie zamajaczył nam wyładowany sakwami rowerzysta. Sprytny cyklista walczył z wiatrem jak lew podjeżdżając zygzakiem pod najmniejszą nawet górkę.
Dobre serce polskiego turysty kazało nam zatrzymać się i zapytać czy go gdzieś nie podholować – zgodnie z oczekiwaniem ten honorowy obywatel Republiki Federalnej Niemiec odmówił i „pognał” przed siebie. Wiadomym było, że skoro germański cyklista jedzie to i my jechać musimy. Rzecz ta działa się rano przed Invercagill – a już wieczorem w tejże miejscowości ujrzeliśmy ambitnego jak kończył swą 10 kilometrową krucjatę. Ależ mi go żal był, niby Niemiec – ale zawsze to chłop…

Żeby nikt nie pomyślał, że my również tylko 10 kilometrów pokonaliśmy autem walcząc z wiatrem to dotarliśmy w międzyczasie do miejscowości Bluff – gdzie udało się nam odkryć przedziwną rzecz. Mianowicie kilometr mierzony z południa na północ nie jest równy kilometrowi mierzonemu w stronę przeciwną. Co więcej z naszych obliczeń wynika, że 1km SN jest równy jednemu milionowi trzydziestu sześciu tysiącom czterystu dwóm milimetrom i pięćdziesięciu siedmiu setnym w kierunku przeciwnym.

Cesarz

Naoglądaliśmy się przeróżnych lodowców na naszej drodze. Począwszy od alaskańskich, poprzez kanadyjskie i amerykańskie do argentyńskich i czilijskich. Z żadnym jednak nie mieliśmy okazji do wejścia w tak bliską komitywę jak z Franciszkiem Józefem.
Tą przewrotną nazwę nadano lodowcowi w miejscowości, która nie wiedzieć czemu nosi nazwę Franz Josef Glacier Village.
Tanio nie było to przyznać muszę, ale prędko się okazja nie nadarzy by połazić po takiej ilości zamarzniętej wody, co było więc robić. Pogoda dopisała dokładnie tak jak wskazuje na to statystyka dla tego regionu i ilość wody spadająca ten teren rocznie (jakieś 6+ metrów). Jednym słowem lało non stop kolor. Dobrze, że sobie kupiliśmy wodoodporny aparat – bo miałem okazję sobie przez cały dzień dreptania po lodowcu wypominać dlaczego go nie wziąłem ze sobą.

Przechadzka taka odbywa się pod okiem doświadczonego chudego rudzielca o angielskiej urodzie (innych nie widziałem – a było ich na trasie parunastu). Którzy w zdecydowanej większości dopiero jak zaczęło lać jak z cebra włożyli na grzbiet coś na kształt wiatrówki – wcześniej raźnie maszerowali w tiszercie i bezrękawniku.
Ja jako osobnik zdecydowanie zimnolubny czułem komfort termiczny ubrany w dwie pary spodni (jedne goretexowe), taką samą kurtkę (z windstopperem pod spodem) dwoma koszulkami, czapką, rękawiczkami itd. Z drugiej strony wycinanie nowych (tudzież odnawianie starych) schodów w lodowych taflach za pomocą kilofa jaki nieśli ze sobą na pewno pozwala czuć przyjemne „ciepełko”.
Z tego co udało się dowiedzieć to prace mają 5 dni w tygodniu – z czego przez 3 dni nie prowadzą turystów po lodowcu, a biegają z tym kilofkiem po Franciszku i naparzają celem wybudowania prowizorycznych szlaków. Ja osobiście dziękuję za taką robotę.

Nasz rudzielec wyjątkowo energicznie poczynał sobie z kilofem podczas 8 godzinnego „spaceru”. Ja zaś zdołałem się przekonać o tym że nie ma materiałów nieprzemakalnych, za to kapitalnie działają klasyczne wełniane rękawice, które nawet całkowicie przemoczone chronią przed chłodem.

Arthur Pass

Uwaga uwaga!!! WPZS radzi:
to coś „jechane” w jedną mańkę zasadniczo różni się od tego czegoś „jechanego” w mańkę przeciwną – więc jeśli obywatelu masz wybór to wybierz dobrze – bądź jedź w obie strony. Koniec rady.

Tak też i my uczyniliśmy przy okazji poznając się bliżej z takim skrzeczącym cholerstwem zwanym KEA.
Tu mam kolejny apel do społeczeństwa – jeśli jest napisane na tabliczkach – Nie Karm Ptaszyska – to go nie karm. Bo się przyzwyczai i będzie próbował lądować na biednym turyście pragnącym zrobić zdjęcie życia (w tym celu kładąc się na Matce Ziemi) – myśląc, że napis na plecach to coś do żarcia. Skończyć się to może dla niego (turysty znaczy się) – wykonaniem odruchu bezwarunkowego (leżąc nad przepaścią słusznych rozmiarów) polegającym na bliżej nie skoordynowanym podskokowyskoku, zderzeniem łuku brwiowego z dość ciężkim body aparatu i migotaniem przedsionków na myśl o czekającym locie.

West Coast

Nasz sprytny plan przewidywał tą część NZ jako kolejną po Abel Tasman. Trasa wiodła przez góry, górki i pagórki i miała przystanek regeneracyjny na małym polu kempingowym. Co oczywiste ten prowadzony w sercu nowozelandzkiej Wyspy Południowej, przez parę chińczyków przybytek, miał na stanie czeskiego barmana oraz skromną grupę turystów składających się z nas Polaków oraz co łatwe do odgadnięcia, pary z Zimbabwe.
Pewnie niektórych mogliby zdziwić Ci Polacy w tym zestawieniu, ale kto czytał nasze wcześniejsze wpisy wie, że nawet na Alasce skromny buddyjski mnich, jak co roku spędzający tam swoje wakacje natknął się na tych ludzi mówiących szeleszczącym językiem.
Mieliśmy też okazję zdecydowanie bliżej zaprzyjaźnić się z sand flies i uwierzcie, Dziki Komar Alaskański, MCLS z Capitol Reef czy też komar z Tulum to przy nich niewinne muszki owocówki. Jedyny plus to to, że nie atakują obiektów ruchomych :), a że do łazienki była kolejka (co zrozumiałe przy takim obłożeniu placówki wypoczynkowej) to Renata zrobiła jakieś pół dystansu maratońskiego w oczekiwaniu na wejście do środka. Ja mam lepsze metody w takich sytuacjach…

Noc udało się przeżyć i pojechaliśmy zobaczyć kamienne naleśniki.
Niby fajne ale wolę te smażone przez małżonkę.
Udało się nam także zobaczyć piękny zachód słońca, taki śliczny most do donikąd nad turkusową wodą, i ważkę sabotażystkę próbującą most ten rozkręcić. Zresztą zobaczcie sami:

Północ Południa

Macie szczęście – rzekł spotkany na polu kampingowym brytyjski expat mieszkający od 20 lat w NZ. Wieczorny prom do Picton to kapitalna sprawa – zachód słońca wśród urokliwych zatok tuż przed wejściem do portu w tej miejscowości.
Teoretycznie miał sporo racji, praktyka jednak nie zawsze idzie z nią w parze. Zamiast pięknych widoków była ściana deszczu. Zabrakło więc odwagi do oglądania okoliczności przyrody. Za to dzięki temu zdążyliśmy przejrzeć jakiś przewodnik i mniej więcej nakreślić trasę naszej podróży po Wyspie Południowej. Jakoś tak wyszło że w lewo mamy jechać, może to i dobrze bo przy kierownicy po prawej strony jakoś tak łatwiej.
Wracając do promu to całe szczęście, że tym co nie lubią bujania nie zdążył błędnik sfiksować.

Czego łódka nie dokonała to jazda po krętej drodze w ulewnym deszczu dopełniła – tak więc suma summarum małżonka zielona poszła spać.

Mieliśmy taki sprytny plan, żeby popływać kajakiem po Abel Tasman – ale półgodzinny spektakl z mocarnym chłopem w roli głównej i jego walka z falami by odbić kajakiem od brzegu wystarczyła nam, żeby plany zmienić.
Dobrze, że nie była to jedyna sensowna opcja spędzania czasu (w domyśle wolnego – swoją drogą nie bardzo pamiętamy jak wygląda ten drugi…. jak on się nazywał?