Tag Archives: western australia

Zachodni zachód czyli do widzenia Australio

Na zakończenie australijskiej części naszej podróży kilka zdjęć z okolic Exmouth, Pinnacles i Kalbari.
W dwóch słowach gdybym miał podsumować kontynent to: Nie warto. Gdybym miał dodać zdanie pomocnicze to napisałbym, że jeśli już to Uluru i Tasmania robią ogromne wrażenie i są wyjątkiem potwierdzającym zdanie pierwsze 🙂
Masa ludzi marzy o tym kontynencie, śni po nocach swój australijski sen i ja tego kompletnie nie rozumiem. Jest tyle miejsc na świecie tak oszałamiających swą urodą, klimatem, kulturą i to dużo dużo bliżej Polski. Mało to popularne ale naszym zdaniem prawdziwe.
Jeśli jednak już tu dotrzecie to jedźcie do Czerwonego Centrum, poczujcie niesamowitość tego miejsca, zapoznajcie się z dot painting i jak najszybciej znajdźcie lot do Nowej Zelandi/Argentyny/Boliwii/Chile/USA/Kanady albo jedźcie na Pojezierze Augustowskie czy w Bieszczady czy gdzie tam jeszcze chcecie, wydacie mniej zobaczycie o niebo więcej.

Nie planujemy tu wracać – no chyba, że jak nam braknie kasy – bo chyba nie ma łatwiejszego miejsca do zarabiania i życia (i te muscle cars 🙂 ) – ale na pewno nie na zwiedzanie…

Upojna noc

Nareszcie – pomyśleliśmy wjeżdżając na teren Karijini National Park.

Słynie on ze swych urokliwych wąwozów i wijących się w nich strumyków, do tego dziesiątki wodnych kaskad i przyroda jakiej nie oglądaliśmy od ponad tygodnia przedzierania się przez Outback.
Wczesna jesień w tym rejonie ma bardzo stabilną pogodę (+35 w cieniu) więc gdy tylko dotarliśmy do jednego z wodospadów, natychmiast wskoczyliśmy do wody. Nie muszę pisać jak przyjemne to było.

Ghost town

Mapa Zachodniej Australii pełna jest zaznaczonych miejscowości, osad czy siedlisk z dopiskiem „opuszczone”. W chwili obecnej po większości jedyne co pozostało to taka właśnie informacja w atlasach i na mapach. Próżno dziś szukać w nich większych pozostałości niż kawałek muru fundamentowego.

Schemat niemal zawsze był ten sam.

Ogromny boom na wydobywanie surowców mineralnych pod koniec XIXw. Dziesiątki tysięcy przybyszów z całego świata liczących na polepszenie swojego losu. Przyjeżdżali z nie tylko z Irlandii i Anglii ale także z Włoch czy Jugosławii. Szybki rozwój, i gwałtowne ŁUP wywołane zakończeniem wydobycia…

Do jednego z takich miejsc w przysłowiowym “in the middle of nowhere” dotarliśmy. Dwie ostatnie spośród wcześniej wymienionych nacji dominowały w Gwalii. Położona nieopodal istniejącej do dziś Leonora, w latach swoje prosperity liczyła ponad 1500 mieszkańców. Tak było aż do 21go grudnia 1963 kiedy to z dnia na dzień zamknięto kopalnie „Son of Gwalia”. W niespełna 3 tygodnie liczba spadła do czterdziestu.
Na szczęście potomkowie mieszkańców włożyli sporo pracy w to by ocalić od zapomnienia to miejsce. Dziś większość z domów jest takim stanie w jakim były dzień po ich opuszczeniu. Dotarliśmy tutaj dość późno tak więc miękkie światło wieczoru jeszcze bardziej podkreślało klimat ghost town.

Dziura w ziemi

Są takie miejsca jakie zawsze chciałem zobaczyć. Jednym z nich była kopalnia odkrywkowa. Będąc w Newman nadarzyła się ku temu wyśmienita okazja. Znajduję się tu bowiem największa na świecie kopalnia odkrywkowa rud żelaza. Co prawda wycieczka organizowana przez Visitor Center ma dwie wady: po pierwsze nasza pociecha jest za mała na nią (przepisy wewnętrzne kopalni) a po drugie jest nieco rozczarowująca widokowo, bo punkt widokowy jest tylko jeden.
Na szczęście ilość informacji jakie przekazał nasz przewodnik imponująca.
Dla niektórych może to być nieco nudne – ostrzegam 🙂

No więc cudo to jest duże – liczy sobie 5 km długości i około 1,5km szerokości i wciąż rośnie w szerz i w dół – góra ścięta jest na dzień dzisiejszy o 135metrów
Sam surowiec ma bardzo wysoką jakość bo dochodzącą do 69% zawartość czystego żelaza w rudzie. W sumie to na tyle dużą, że aby sprostać oczekiwaniom rynku jest mieszany ze słabszym gatunkowo produktem… Obecnie wydobywa się go około 200mln ton rocznie i wciąż rośne by osiągnąć 300 mln ton na rok już za 4 lata.

Do wydobycia i transportu urobku na terenie kopalni służą ogromne koparki/ładowarki/wywrotki. Tych ostatnich jest 56 sztuk, masa pojedynczego waha się od 190 do 240 ton. Dla przykładu Jambo Jet gotowy do startu waży nie więcej niż 130 ton.
Koła na jakich się poruszają mają do 3,5m średnicy. Jedno waży około 5 ton. Nie wytrzymuje więcej niż roku eksploatacji i kosztuje trzydzieści tysięcy dolarów.
Cały sprzęt poruszający się po terenie kopalni wyposażony jest w odbiorniki GPS pozwalające lokalizować je z dokładnością do 10cm, przy okazji mają także system kontroli wagi i parametrów pojazdu. Wszystkie te parametry są wysyłane do Mine Control Room gdzie komputer przydziela im trasy celem maksymalnie optymalnego wykorzystania sprzętu. W tym czasie kierowca siedzi w klimatyzowanej kabinie słucha ulubionej muzyki na odtwarzaczu CD – kasując przy tym ponad stówkę rocznie 🙂

Do tego własna siłownia gazowa o mocy 105Megawatów (chyba dużo – bo ma w nazwie „mega”), jedna z najnowocześniejszych sortowni i kruszarni na świecie.

Wszystko to robi ogromne wrażenie – ale przy pociągach jakie z tym całym towarem jadą do portu to NIC.
Najdłuższy miał 7,3km składał się z 8 lokomotyw, 682 wagonów (jeden wiezie jakieś 125 ton urobku) a prowadził go – JEDEN człowiek…

Nim cały ten sprzęt zamieni się w sterowany komputerowo i bezosobowo polecam zainteresowanie się tematem zatrudnienia w BHP Billiton Iron Ore górnikom z Jastrzębskiej Spółki Węglowej bo zarobić można więcej (dużo), praca bezpieczniejsza (dużo) – a dzięki brakowi Waszych protestów – ja szybciej do roboty dojadę.

Stąpając po niebie…

Po co my tu przyjechaliśmy? …. a zobaczyć sztukę.
To sztuka z rodzaju tych, których ja osobiście nie pojmuję i niewiele wskazuje na to bym ją kiedykolwiek pojął. Jakiś artysta był zeskanował zaawansowaną techniką kompjuterową 51 mieszkańców Menzies (całkiem duży odsetek ludności w tej miejscowości – która niespełna wiek temu liczyła ich ponad 10 tysięcy) następnie obrobił komputerowo ich sylwetki i jakimś sprytnym sposobem wykonał ich figury. Następnie zaś poustawiał je na sporym obszarze jeziora Ballard.
Największą zaś zaletą tej sztuki było jej położenie, zlokalizowana mniej więcej po drodze, a dojazd prowadził szutrową drogą długości ponad 50km. Po raz kolejny już zaobserwowaliśmy pewną prawidłowość – w miejscach takich – których teoretycznie odwiedzać nie wolno, najwięcej jest tych którzy postępują wbrew zapisom umowy najmu auta. W sumie na tym to polega – firmy wiedzą, że i tak pojedziesz „unsealed road”, a ty musisz robić tak żeby nikt Ci tego nie udowodnił 🙂 Sprawa jest prosta – turysta ma uciechę, że zrobił coś wbrew umowie, firma jest zadowolona bo turysta jechał po tej drodze z duszą na ramieniu nie szarżując na dodatek oddaje umyte auto.

Nas dwa razy przekonywać nie trzeba – w końcu nie od parady ma się polskie obywatelstwo.

Droga nauczyła nas jednego – nie włączać obiegu zamkniętego w aucie podczas jazdy po un-sealed road. Na początku przeczyło to mojej logice – ale jednak mieli racje ci co takiej właśnie treści naklejkę na szybie przykleili.
Tak naprawdę drogi bite w Australii są bardzo dobre – z wyjątkiem pory deszczowej kiedy to „rozjeżdżają się”. W suchszej części roku jedyną niedogodnością jest pewien afrykański wynalazek dość często spotykany także na polskich drogach. Na szczęście występuje on tylko miejscami, a nie jest normą na drogach po których jeździliśmy.

Dłuuuuuga Droga


różne mamy metody doboru „interesujących miejsc” do naszej trasy. Coś czytamy w przewodniku (przy okazji „redaktorzy” z LP raczej wiedzą o swoim kraju nie grzeszą – a w innych jest jeszcze gorzej), coś próbujemy wyszukać w internecie (co nie jest łatwe w Australii), rozmawiamy z ludźmi (tu trzeba uważać bo dla rodowitego Australijczyka prawie wszystko jest cool), przeglądamy ofertę tego czym się promują okolice itd. wszystko to próbujemy wpisać we wcześniej z grubsza nakreśloną trasę.

Takie miejsca ważne są dla nas nie tylko ze względu na swoją „atrakcyjność” ale przede wszystkim ze względu na odległości. Od miasta do miasta jedzie się czasami dwa dni (średnio „dynamicznym” kamperem) – trzeba więc sobie nieco urozmaicić ten wszechobecny busz. Kiedyś ktoś nam powiedział, że Patagonia to ogromne przestrzenie niczego – może i racja ale było to najpiękniejsze NIC jakie widzieliśmy – a buszowi niestety trochę do niej brakuje. Nie chodzi tylko o widoki, ale także o temperatury i tysiące much oblepiające nas przy każdorazowym wyjściu z auta. Myśleliśmy w Uluru, że gorzej być nie może, ale się pomyliliśmy.

Dla odmiany las

Oglądać lasy w Australii to jak jeździć na narty z Włoch do Polski. Ale, że nam akurat tam się otworzył cud przewodnik to pojechaliśmy zobaczyć. Cóż żeby nie było całkowicie druzgocząco to możemy napisać, że las jest wysoki 🙂 A to jak bardzo wysoki miałem okazję sam się przekonać włażąc na jedno z drzew. Nie to żebym był gibki jak orangutan, bo „schody” były więc w miarę kulturalnie można było się wdrapać, by zobaczyć widok z góry. Samo drzewo miało 60m wysokości czyli pięter…. hmmm chyba całkiem sporo. A, że trochę wiało to się kołysało (z każdym metrem coraz bardziej).

Zapowiedź – WA

Ha, znów się udało Jej Królewską Mość zachęcić do zajęcia miejsca pośrodku. Rzut oka za okno i …. chyba może być ciekawie.